poniedziałek, 24 października 2011

Instrukcja obsługi

Niemal każde urządzenie jest wyposażone w instrukcję obsługi. Jest to dokument, który w prosty i jasny sposób tłumaczy jak działa to, co sobie kupiliśmy.
Dajmy na to, że pewien wykształcony, inteligentny, przystojny i skromny człowiek, na przykład ja, kupuje, a właściwie kupuję, sobie pralkę. Mimo, że mój mózg ma skrzywienie skrajnie humanistyczne, że szczytem moich umiejętności technicznych jest wymiana żarówki, rozumiem treść instrukcji obsługi pralki. Wiem, jak ją podłączyć, uruchomić, a potem jak zrobić pranie, nie uszkadzając siebie, rodziny, ani pranych ciuchów. Producent pralki wie, że jego klientem może być ktoś taki jak ja, więc stara się, aby instrukcja była jasna i jednoznaczna. Wie, że jeśli coś będzie źle wytłumaczone, przez co pralkę lub pranie trafi szlag, poszukam innego producenta.
Pralka, telewizor czy robot kuchenny to nie jedyne urządzenia pomagające nam w życiu codziennym. Najważniejszym instrumentem jest prawo. I tu mamy podejście powiedziałbym wręcz przeciwne do wyżej opisanego. Ustawodawca stara się, aby prawo było jak najbardziej skomplikowane! Do jego zrozumienia często nie wystarczy wykształcenie prawnicze, orzeczenia sądowe bywają różne w jednej sprawie, a nieraz można odnieść wrażenie, że konkretne przepisy były tworzone specjalnie dla zrobienia komuś dobrze, że przypomnę przysłowiowe już „lub czasopisma”.
Czy wyobrażasz sobie, Drogi Czytelniku, że instrukcja obsługi pralki Ci nie wystarcza, że potrzebujesz dodatkowej konsultacji z inżynierem, elektrykiem, hydraulikiem, chemikiem i tak dalej i tak dalej? Że instrukcja pralki nie jest jednoznaczna, że Twoja pralka może działać różnie w zależności od okoliczności?
Absurd, prawda? Dlaczego się na to godzimy? Dlaczego dorosły człowiek może bezpiecznie samodzielnie posługiwać się pralką, a kodeksem cywilnym już raczej nie? Dlaczego do zrozumienia instrukcji obsługi robota kuchennego wystarczy zwykły pomyślunek, a do zrozumienia prawa podatkowego potrzeba kilku pomyślunków dobrze opłaconych?
Dlaczego od lat nie zmieniamy naszych prawodawców, dlaczego to jest mniej więcej ciągle ta sama grupa „fachowców”?
Czyżby ktoś wyprał nam mózgi?

wtorek, 13 września 2011

"Cały świat to scena"

„Cały świat to scena, a ludzie na nim to tylko aktorzy”, mówi Jakub, jedna
z postaci komedii Williama Shakespeare’a „Jak wam się podoba”.
Ma rację, ale dziwna to scena, scena niesamowitego teatru. Wszyscy aktorzy improwizują, nikt nie zna tekstu, nikt nie zna zakończenia sztuki.
Nie wiemy nawet, czy gramy tragedię, czy komedię. Większość z nas czuje się źle obsadzona. Kto czuje moc do namiętnych tyrad, gra role farsowe, urodzony komik gra ciężki realizm. Miłośnik dobrze skrojonych ról w dobrze skrojonych sztukach, męczy się w teatrze absurdu.
Nie dość, że występujemy nie w tych rolach, których byśmy chcieli, to jeszcze widzimy, jak nasze wyśnione kreacje zarzynają dyletanci i idioci.
My nie jesteśmy idiotami. Mamy świadomość własnych błędów. Gdyby nam dano jeszcze jedną szansę, zagralibyśmy o wiele lepiej. Wiemy już, gdzie zdarzył się fałszywy ton, pamiętamy uśmiechy nie w porę, wpadki dykcyjne, pomyłki w tekście.
Za drugim razem zagralibyśmy świetnie. Poprzednio nie mogliśmy, z różnych powodów: bolała nas głowa, weszliśmy za późno, wyszliśmy za wcześnie, zagraliśmy melodramatycznie, a scena była komediowa. Tak, tak, już rozumiemy. Już pamiętamy. Jeżeli dostaniemy drugą szansę, damy wielki show.
Niestety, nie będzie drugiej szansy. Jeżeli zejdziemy ze sceny, to na zawsze.
A może…? A może niebo istnieje? A może niebo jest prawdziwym teatrem, a tu na ziemi była próba? I nie przyjdzie po nas kostucha, tylko inspicjentka,
z tekstem pod pachą, w okularach, uśmiechnie się i zapyta:
- Gotowy?

poniedziałek, 5 września 2011

Żegluga

„I słodko jest myśleć, że byłem kompanem w wyprawie,
Która nigdy nie ustaje, choć mijają wieki.
Wyprawa nie po złote runo doskonałej formy,
Ale konieczna jak miłość.”
Czesław Miłosz, „Sprawozdanie”.
Tym właśnie jest poezja – żeglugą. Dlatego współcześni poeci powinni czcić pamięć i znać dorobek minionych pokoleń. Żeglarz odczuwa boskie powinowactwo z Jazonem i Odyseuszem, poeta winien wznosić toasty za spokój duszy Homera.
Żeglujmy, chociaż mało komu z nas będzie dane wytyczanie kierunku na mostku kapitańskim, czy trzymanie steru. Będziemy raczej zasuwać ze szczotą po pokładzie. A co tam, grunt, aby być kompanem Homera, Danta, Shakespeara.
Navigare necesse est.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Dziewice i poeci

Marian Hemar, poeta, napisał piosenkę, której teza główna brzmi:
„Trzeba dziewicy, która wie,
Kiedy poecie szepnąć nie.”
No i jak powie „nie”, to poeta zraniony do żywego rzuca się do pisania dzieł przeważnie genialnych. Na poparcie tej tezy poeta Hemar przytacza przykre fakty z życia innych poetów: Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego, którzy, sponiewierani przez różne panie, napisali wielkie dzieła, aby ulżyć sercowym cierpieniom.
Potem nie było już tak wspaniałych poetów, gdyż, jak pisze Hemar, „dziewice są zbyt pochopne”.
Poglądy pana Hemara są niesłuszne, moim zdaniem, poeci i tak mają ciężko, nie dojadają, nie dosypiają, żyją krótko, nikt ich nie rozumie, a jeśli, to późny wnuk, czyli, jak widzimy, poezja to kiepski interes.
Więc niby dlaczego dziewice mają odmawiać poetom? Zgoda, jeżeli odmówią, to poeta machnie poemat we dwunastu księgach wierszem, ale czy dziewice to przeczytają? A nawet jeśli, to co? Czy warto zachować dziewictwo dla przyjemności lektury „Pana Tadeusza”? Wydaje mi się, z całym szacunkiem dla Adama Mickiewicza, że nie.
Dlatego apeluję do dziewic i dziewcząt: nie odmawiajcie poetom odrobiny czułości! Nie składajcie swoich powabów na ołtarzu literatury!
Wierszy i poematów jest mnóstwo, rzekłbym: za dużo, natomiast miłości – za mało, ciągle za mało…

wtorek, 9 sierpnia 2011

Niech żyją poeci

Bardzo dawno temu znakomity prozaik i dramaturg Witold Gombrowicz napisał esej „Przeciw poetom”. Zawarł w tym tekście sformułowania, z którymi trudno się zgodzić.
„Nikt prawie nie lubi wierszy, świat poezji wierszowanej jest światem fikcyjnym oraz sfałszowanym.”
Obawiam się, że to nieprawda. Jest trochę ludzi, którzy lubią wiersze, chociaż, z drugiej strony, nie jest ich tyle, żeby poeci mogli z nich wyżyć. Chyba, że poeta jest żyjącym klasykiem albo dostał Nobla, co jednak zdarza się poetom dopiero w wieku emerytalnym i późniejszym.
Z trzeciej jednak strony przymieranie głodem jest dla poetów stanem naturalnym, z kolei z czwartej strony wiadomo, że poeci mniej jedzą, a więcej piją.
Pisze wielki Gombro, że poezja wierszowana jest śpiewem, zaś „śpiew jest bardzo odświętną formą wypowiedzi”.
Czasem jest, a czasem nie. Kiedy śpiewam kolędy przy wigilijnym stole mamy do czynienia z formą odświętną. A kiedy mój syn (Witold zresztą) nie może zasnąć, śpiewam mu kołysanki. Mamy wtedy do czynienia z formą codzienną. A nawet conocną.
„Czyż poeci nie tworzą dla poetów?” – pyta Gombrowicz. Owszem. Ale wielu poetów pisze dla zwykłych czytelników, a sporo dla konkretnych czytelniczek.
Ja sam pisałem dla kilku dziewcząt wierszowane utwory, chcąc zdobyć ich serce i całą słodką resztę. Nie zawsze otrzymywałem taką nagrodę, jakiej pragnąłem, trudno powiedzieć, czy dlatego, że wiersze były słabe, czy dlatego, że czytelniczki wolały prozę…
A dlaczego w kontaktach z paniami ja i miliony innych nieszczęśników posługiwało się rymem i rytmem?
Dlatego, że dzięki poezji można powiedzieć i wyrazić to, co inaczej powiedzieć i wyrazić czasem bardzo trudno…

wtorek, 26 lipca 2011

Irlandia Jones

Zielona wyspa. Mityczny raj położony na obrzeżach Europy. Były raj, bo, niestety, już tak rajsko nie jest. Ale my i tak lubimy ten raj.
Dlaczego lubimy Irlandię? A skąd wiadomo, że lubimy? Bo jeździmy tam przecież. Do pracy głównie, ale nie tylko. Ale do Niemiec też dużo Polaków jeździ. Ale nikt o Germanii nie mówi „Zielona wyspa”.
Wystarczy tych „ale”. Jak ktoś ma jakieś „ale” do Irlandczyków powinien przeczytać książkę Tomasza Borkowskiego „Irlandia Jones poszukiwany”. Jest to krótki, dowcipny przewodnik, czy może raczej poradnik dla Polaków, którzy ruszą do Irlandii za chlebem.
Nasze dzieje, polskie i irlandzkie, sporo łączy. Irlandia też utraciła wolność, tyle, że na znacznie dłużej, ale miała za to tylko jednego zaborcę, a nie trzech. „Są to ludzie, którzy dużo przeszli – ośmiusetletnie angielskie prześladowania, klęskę głodu w połowie XIX wieku, deportacje do Australii, nieudane powstania, wyludnienie kraju i masową emigrację do Ameryki na statkach – trumnach.” Brzmi znajomo.
To było jednak dawno temu, po wiekach panowania angielskiego Irlandia, że się tak szumnie wyrażę, wybiła się na niepodległość, a nawet osiągnęła sukces gospodarczy.
Co oczywiście przyciągnęło do niej przybyszy z całego świata, w tym bardzo dużo Polaków.
Mimo podobnej historii i chyba podobnego charakteru narodowego ( o ile coś takiego jak narodowy charakter istnieje) nie łatwo być Polakiem w Irlandii. Po pierwsze język. W zasadzie angielski, pełen jednak wielu pułapek, o których z werwą i dowcipem pisze Tomasz Borkowski. Powiem tylko, że rozdział o językowych przygodach nosi tytuł „Ofucknąć wery mocz”.
Opanowanie języka razem z jego miejscowymi niespodziankami i niuansami to nie wszystko. Warto jeszcze nauczyć się jeździć po lewej stronie. Autor spróbował takiej jazdy nowym, wielkim fordem. „Szukam prawą ręką drążka biegów. Znajduję drzwi.” I tak dalej…
Irlandia Jones przy okazji pysznych anegdotek z dnia powszedniego wprowadza nas w świat starych irlandzkich sag i legend. Imiona bóstw, herosów i dawnych ludów brzmią dość egzotycznie, co powiecie na przykład o Newgrange Sid im Brug? Albo o Tuatha De Danann? To też Europa, ta bardzo, bardzo stara i czcigodna. Świat prastarej Irlandii jest skomplikowany, ale Tomasz Borkowski potrafi go przedstawić jasno, wyraźnie i zajmująco.
Podsumowując: proszę przeczytać, zapamiętać i można jechać – Zielona Wyspa czeka!

czwartek, 14 lipca 2011

O "Zgredzie"

Polskie media są podzielone, z grubsza biorąc, na Salon i Antysalon. Salon nie chce lustracji, uważa, że Okrągły Stół był wielkim, historycznym sukcesem, przebacza byłym komunistom, tropi antysemitów i nacjonalistów, chwali Unię Europejską i naszą w niej obecność.
Antysalon wręcz przeciwnie. Nie będę jednak streszczał tu poglądów Antysalonu, ponieważ przedstawił je w swojej ostatniej książce Rafał Ziemkiewicz, czołowy jego przedstawiciel.
„Zgred”, coś w rodzaju dziennika kogoś podobnego do Ziemkiewicza, o nazwisku Rafalski, opisuje trzy miesiące z życia dziennikarza prawicowego. Prawicowym dziennikarzem jest dziś niemal każdy komu nie po drodze z Gazetą Wyborczą i z Polityką, ale Rafalski (podobnie jak Ziemkiewicz), rzeczywiście jest człowiekiem prawicy.
„Zgred” daje nam szansę przyjrzenia się dokładnie publicyście niepokornemu
i pyskatemu, któremu Salon gładko przykleja etykietkę pisowca. Mamy okazję przekonać się, co sądzi oszołom i moher, możemy dowiedzieć się, co mu się w dzisiejszej Polsce i w Polakach nie podoba.
Dla tych, którzy znają dobrze poglądy i twórczość Ziemkiewicza, „Zgred” nie niesie nic nowego. Dla tych, którzy go, z różnych powodów, nie znają, może być swoistym przewodnikiem po myśleniu antysalonowca.
Przepraszam, jest coś nowego w „Zgredzie”. To pytanie o sens dziennikarskiej roboty. Po co opisywać zgniłe polskie państwo i pasożytów, którzy na nim żerują, skoro większości Polaków to nie przeszkadza, czy nie lepiej przestać pchać kij w koła Parowozu Postępu i dołączyć do zwycięzców?
To pytanie przestało być ważne po Smoleńsku, kiedy nagle okazało się, że jednak sporo jest jeszcze Polaków, którym nie jest wszystko jedno, w jakim kraju żyją.
Dobrze, że mamy „Zgreda”, szkoda, że nie ma na razie opisu polskiej teraźniejszości z punktu widzenia człowieka mainstreamu. Może „Zgred” sprowokuje taką wypowiedź?
Czekamy.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

O poetach walczących i nie

Czytałem „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego” Mirona Białoszewskiego. Lektura, która wciąga i męczy jednocześnie. Wciąga, bo świetnie napisane, męczy, bo o śmierci i zniszczeniu. I o przeżyciu też.
Jak przeżyć nieustanne bombardowania? Jak uciec śmierci, która może nas dopaść w każdej chwili i w każdym miejscu? Dokąd iść? Dokąd nie iść?
A jak już pójść, to długo tam zostać? Bo Niemcy mogą znów zaatakować właśnie tędy. Bo tu może spaść kolejna bomba. Bo jedzenie się kończy, więc trzeba szukać gdzie indziej.
Gdzie się umyć? Ogolić? Przeprać koszulę? Przyziemne kwestie? Być może, ale było jeszcze przyziemniej. Zajmowało się zrujnowany lokal i ustalało się, gdzie śpimy, a gdzie robimy kupę. Wojna wojną, ale takie rzeczy też trzeba wiedzieć. Oczywiście można oberwać i mieć takie dylematy z głowy, ale jeśli się żyje, to trzeba brać pod uwagę wszystkie życiowe sprawy.
Więc przeczytałem tę relację z codzienności największej polskiej tragedii, z tego biegania i chowania się w ruinach, dziurach i kanałach, a potem przypomniało mi się, że w Powstaniu Warszawskim brał udział jeszcze jeden wielki poeta – Krzysztof Kamil Baczyński. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że Baczyński i Białoszewski byli niemal rówieśnikami. Tymczasem ich wiersze były z innych planet. Baczyński z takiej romantyczno – Słowackiej, Białoszewski ze swojej, zupełnie osobnej.
Jaki związek miało ich pisanie z ich Powstaniem? Czy gdyby Baczyński pisał jak Białoszewski, zginąłby w walce? I odwrotnie?
Ma to znaczenie jakieś w ogóle?
Nie wiem. Może nie. Szkoda Baczyńskiego. Całe szczęście, że Białoszewskiemu się udało. I całe szczęście, że skoro nie mieliśmy wojska, mieliśmy przynajmniej poetów…
Nie, nie to chciałem napisać.
Było wielkim nieszczęściem Polski i Warszawy, że nasi generałowie byli bardziej poetami niż żołnierzami...

poniedziałek, 30 maja 2011

O klasyku warsiaskim

Klasyk polega na tym, że jest do czytania, do oglądania lub słuchania zawsze i wszędzie na wieki wieków amen. Wiekuistość klasyków powoduje czasem bolesne nieporozumienie, czyli traktowanie klasyka na klęczkach. Tak nie można. Dzieło klasyczne jest, mimo często bardzo dostojnego wieku, dziełem ciągle żywym i aktualnym, dlatego trzeba je traktować po ludzku, a nie po bosku.
Jednym z najstarszych klasyków jest grecki poeta Homer, autor opowieści z morałem, jednej o tym, że z prezentami od wrogów ostrożnie, a druga o tym, że nie masz cwaniaka nad Odyseusza.
Homera przywołuję nie bez kozery, albowiem chciałbym dziś nadmienić słów kilka o pewnym klasyku znad Wisły, którego inny klasyk, też znad Wisły, był uprzejmy porównać właśnie do Homera.
Mówiąc po ludzku i konkretnie chodzi o Wiecha. Stefan Wiechecki napisał jedyną w swoim rodzaju historię Warszawy. Epopeję, można powiedzieć, może stąd porównanie z Homerem, które nasunęło się Tuwimowi.
Wielkie i niestety tragiczne dzieje Warszawy i jej mieszkańców w ubiegłym wieku, opisuje Wiech w znakomitych, zwięzłych i dowcipnych opowieściach i felietonach. Ale o ile Homer uczynił swoimi bohaterami postaci królewskie, boskie i heroiczne, o tyle Wiech pokazuje stolicę poprzez ludzi zwyczajnych, słabych, mających upodobanie do drobnego kantu i niewąskiego ochlaju.
Homer nie miał problemu z uczonymi w piśmie, gdyż takowych w złotym wieku nie było, Wiech natomiast nie raz i nie dwa musiał odpierać ich ataki, głównie na okoliczność zaśmiecania języka.
Ataki nie przyniosły powodzenia, Wiech i jego dzieło trwa nad Warszawą jak kolumna Zygmunta, trudno sobie przecież bez nich Warszawę wyobrazić.
Statystyczny bohater Wiecha lubi wykonać ćwiartkę, nie lubi się przepracowywać i ogólnie ma dwuznaczną opinię cwaniaka. Dwuznaczną, gdyż warsiaskie cwaniactwo niektórym się podoba, innym wręcz przeciwnie. Bóg z nimi. No bo proszę Państwa sianownego, czy dałoby się wytrzymać na tym nadwiślańskim brzegu i w takich historycznych okolicznościach bez odrobiny cwaniactwa? Przypuszczam, że wątpię.

wtorek, 19 kwietnia 2011

O szkodliwości czytania

Czytanie ma wiele zalet, lecz nieraz potrafi skomplikować życie. Albo w ogóle od tego życia oderwać. Co się czasem przydaje, ale czasem nie.
Pewnego razu nawaliła mi w domu uszczelka, w związku z czym wezwałem fachowca, czyli hydraulika. Pan hydraulik wyglądał jak prawdziwy porządny hydraulik, to znaczy miał wąsy i beret, ocenił sytuację jako bardzo trudną, wymagającą sporego nakładu sił i umiejętności, a co za tym idzie, zapewne i gotówki.
Przyjąłem jego diagnozę spokojnie, ponieważ byłem świeżo po pasjonującej lekturze o życiu codziennym Wazów i nie miałem głowy do uszczelek.
Pan hydraulik przystąpił do pracy, ja zaś, zamiast dać mu spokój, zostałem, gdyż pragnąłem podzielić się z nim wrażeniami ze świeżo przeczytanej książki.
Po krótkim wstępie, w którym opowiedziałem mu o wszystkich żonach wszystkich Wazów, o pożarze na Wawelu, o tym, który król co lubił, a czego nie, przeszedłem do informacji fachowych, które, jak sądziłem, mogłyby zainteresować pana hydraulika.
Opowieści o studniach, zdrojach i drewnianych rurach nie zrobiły na nim wrażenia, dopiero, gdy mu powiedziałem, że Zygmunt III Waza miał rurmistrza i czy on nie chciałby być rurmistrzem, przerwał na chwilę pracę i spojrzał niezbyt przyjaźnie.
Chciałem uratować sytuację ciekawostką, iż rurmistrz miał łacińskie określenie –aquaeductor i dodałem, że jak zechce, to mogę tak się do niego zwracać. Na to pan hydraulik wstał i powiedział, że już zrobione i że już idzie. Na pytanie o koszt usługi odpowiedział, że uszczelkę wymienił za darmo, gdyż nie chce żerować na ludzkim nieszczęściu. Po czym wyszedł z chłodnym „do widzenia”.
I tak z powodu zgubnego nałogu czytania straciłem szacunek człowieka prostego.

poniedziałek, 21 marca 2011

O pewnym bestsellerze

Po długim oczekiwaniu udało mi się dopchać w bibliotecznej kolejce do bestsellera Janusza Głowackiego „Good night Dżerzi”. Przeczytałem
i rozumiem, czemu czekałem tak długo, książka jest naprawdę świetna.
Zastanawiałem się, czy zamiast „świetna” nie napisać „bardzo dobra”. Dlaczego? Z tchórzostwa oczywiście, książkę Głowackiego dobrze się czyta, lektura wciąga, mówiąc popularnie, a nad arcydziełem wypadałoby jednak troszkę się namordować. A tu nic, przyjemność po prostu.
Pamiętam, że mordowałem się nad książkami bohatera „Good night…”, Jerzego Kosińskiego. Strasznie mnie męczyły te wszystkie okropieństwa, które spotykały postaci z „Malowanego ptaka” i „Kroków”. Męczyły i nudziły, jak wszystkie numery grane na jednej, ponurej nucie.
Dobrze, ja się męczyłem, ale inni nie, a Amerykanie oszaleli, był przecież czas, kiedy w Stanach Kosiński był kimś niesłychanie ważnym.
Właśnie, sukces, powodzenie, to łączy Głowackiego z Kosińskim. Wydaje się, że Kosiński narobił więcej hałasu, zapłacił jednak o wiele większą cenę. Złośliwi mogliby dodać, że sam się o to prosił. Drażnił, prowokował, w końcu doczekał się oskarżeń o ubarwianie życiorysu i o plagiat. I co z tego, kto z nas nie zmyśla na swój temat? Kto z nas nie korzysta z dorobku bliźnich?
Wróćmy do kwestii plagiatu. „Wystarczy być”, książka na podstawie której powstał obsypany nagrodami film z Peterem Sellersem, jest bardzo podobna do „Kariery Nikodema Dyzmy”. Podobna, ale nie identyczna. Niejaki Shakespeare (o czym wspomina się też w książce Głowackiego), też korzystał
z cudzych historyjek. I całe szczęście.
Czy nigdy nie zdarzyło się Państwu czytać książki o niezłej fabule, ale źle napisanej? Kosiński podobno bardzo lubił dzieło Dołęgi – Mostowicza
(na drugie imię miał Nikodem) i oddał temu dziełu wielki hołd – napisał jego lepszą wersję. A źli ludzie opowiadają, że, panie wybaczą, zerżnął z Dyzmy.
Ja uważam, że „Wystarczy być” to nie plagiat, to interpretacja. Wariacja. Bywały „Hamlety” z dobrym zakończeniem, przyznam się, że chętnie bym coś takiego obejrzał. A „Romeo i Julia”? Czy nie chcielibyście Państwo zobaczyć na scenie hucznego wesela, o którym długo jeszcze byłoby głośno nie tylko
w Weronie, ale i w całej Italii?
A propos wesela, czy nie macie dosyć tego głupiego Jaśka, który zgubił złoty róg? Ja mam, błagam, niech ktoś zrobi „Wesele” Wyspiańskiego z happy endem. Niech Jasiek zadmie, niech chłopy ruszą na Kraków, niech pogonią Austriaków z Wawelu!
Młodzi literaci, korzystajcie z doświadczeń pana Kosińskiego i pana Głowackiego. Przerabiajcie i dopisujcie, niech Lir cieszy się z córek, niech Raskolnikow ucieknie do Ameryki, niech pani Bovary żyje długo i szczęśliwie. Mało arcydzieł? Są jeszcze ich autorzy i ich biografie, śmiało, brać i przerabiać.
Tymczasem zachęcam raz jeszcze do czytania Głowackiego, a jak się komuś Głowacki nie podoba, niech napisze o nim książkę.
„Good morning Dżanus” na przykład…

czwartek, 17 lutego 2011

O szachach jako sporcie ekstremalnym

Szachy wydają się idealną grą dla ludzi zrównoważonych, opanowanych, wyposażonych w analityczny umysł. Ten sport nie budzi wielkich emocji, nie ma szachowych pseudokibiców, którzy by się wzajemnie obtłukiwali szachownicami, a żaden szachista nie może liczyć na taką popularność, jaką cieszą się piłkarze, bokserzy, czy skoczkowie narciarscy.
Jest jednak kraj, w którym szachy są równie ważne jak futbol, a dwadzieścia lat temu i wcześniej były nawet ważniejsze. Ten kraj to Rosja.
Na bibliotecznej półce znalazłem książkę o dość długim tytule, leksykon „Kto jest kim w Rosji po 1917 roku”. Nie przeczuwałem jak fascynująca lektura mnie czeka. Jej autorzy Grzegorz Przebinda i Józef Smaga w tym wydanym w roku 2000 dziele, zamieścili około 450 biogramów postaci, które miały wpływ na historię Rosji w ubiegłym wieku.
Wśród tych postaci nie mogło oczywiście zabraknąć szachistów. Mamy tu pierwszego Rosjanina, który został mistrzem świata Aleksandra Alechina, są także inne wielkie nazwiska: Botwinnika, Spasskiego, Korcznoja, Karpowa i Kasparowa.
Szachy w ZSRR były sportem narodowym. Zdobycie tytułu mistrzowskiego było punktem honoru dla radzieckich władz. Hegemonia radziecka w szachach zaczęła się po II wojnie, ale wcześniej przez dwadzieścia lat z roczną przerwą, najlepszy na świecie był Aleksander Alechin.
Oto kilka szczegółów z niezwykłego życia Alechina, cytuję za „Kto jest kim w Rosji”: „W 1914 został internowany przez Niemców, wrócił jednak do Rosji, gdyż udawał psychicznie chorego”. „W 1918-19 mieszkał w Odessie, jako członek wywiadu Denikina został aresztowany przez czerwonych (przed rozstrzelaniem uchronił go Trocki).” „W 1921 wyjechał za granicę i już nigdy do kraju nie wrócił. Osiadł w Paryżu, w 1923 obronił na Sorbonie pracę doktorską z zakresu prawa(…), był światowym championem przez 20 lat (1927-1946)”. „…nadużywał alkoholu, był czterokrotnie żonaty.” „W nazistowskiej Gazecie Paryskiej opublikował tekst o wyższości szachów aryjskich nad niearyjskimi”.
W roku 1946 Alechin miał walczyć o tytuł z Botwinnikiem, rosyjskim Żydem, ale do pojedynku nie doszło z powodu śmierci Alechina.
Cztery żony i alkohol? A kiedy grał w szachy? Może grał i pił, bo żony dokuczały? Czy może żony mu dokuczały, bo ciągle grał? A pił, bo nie wiedział, czy ważniejsza jest żona, czy szachy?
Dziś już się tego nie dowiemy, nie dowiemy się też czy lepszy był Alechin, czy Botwinnik.
Botwinnik został następnym mistrzem świata, nie pił za dużo, dużo pracował, zdobywał kolejne tytuły, a kiedy zakończył karierę zawodnika, został nauczycielem szachowej młodzieży, wśród jego uczniów byli Karpow i Kasparow.
Radzieckie panowanie na światowych szachownicach przerwała porażka Borysa Spasskiego z Bobbym Fischerem. Straszny pech, Spasski, nie dość, że przegrał, to jeszcze przegrał z Amerykaninem! Mógł wygrać walkowerem, bo Fischer spóźnił się na mecz, mógł skorzystać z pomocy KGB, odmówił, no i niestety… Za karę Spasski dostał szlaban na turnieje zagraniczne na 9 miesięcy. Nie dało się sprawdzić, czy szachy aryjskie są lepsze od niearyjskich, natomiast niewątpliwie szachy socjalistyczne były lepsze i miały być lepsze od szachów kapitalistycznych.
Kiedy parę lat później rywalem Fischera został Karpow, Fischer nie przystąpił do pojedynku. Karpow został więc mistrzem walkowerem. Kolejnym rywalem Karpowa został świeży emigrant polityczny Wiktor Korcznoj. I tym razem nie było mowy o możliwości przegranej szachisty z Kraju Rad z człowiekiem, który z tych rad nie chciał korzystać. „Czerwony Tolek”, jak nazywano Karpowa ze względu na jego sympatie, skorzystał ze wsparcia: „Władze czyniły wszystko, żeby Karpow nie przegrał. W skład jego ekipy wchodziło 20 funkcjonariuszy KGB, karatecy i parapsycholog, który dekoncentrował rywala”. Przyznam się, że nie bardzo rozumiem, po co byli ci karatecy. Że niby jak ograsz Karpowa, to my z tobą pogramy? Korcznoj wezwał na pomoc dwóch filipińskich joginów, ale cóż oni mogli...
Dał radę Karpowowi Garri Kasparow, choć pierwszego meczu omal nie przegrał: „W 1993 tygodnik Ogoniok ujawnił, że ówczesny sekundant Kasparowa sprzedawał jego tajemnice rywalowi. Karpow prowadził już 4:0, ale po ustaniu dopływu informacji(donosiciel bał się demaskacji, a i Kasparow nabrał podejrzeń) zrobiło się tylko 5:3.”
Jak więc widać, był czas, gdy szachy były sportem szalenie niebezpiecznym, gdy porażka mogła mieć dla niefortunnego gracza naprawdę katastrofalne skutki. Dostanie mata pod okiem karateków z KGB – to jest ekstremum, a nie jakieś skoki z czegoś, wariacka jazda na czymś czy walenie się nawzajem we wszystko! Dlatego moja szachownica leży spokojnie w szafie, nie ruszam jej, nie chcę, zacznie sobie człowiek przestawiać figury i ani się spostrzeże, jak jego życie ograniczy się do tych 64 pól, a potem rodzina w ruinie, wóda, nie, nie będę już grał. Szachy to gra równie niebezpieczna jak życie – zrobisz ruch i nie możesz go wycofać…

czwartek, 3 lutego 2011

O "Listach z Rosji"

Rosja i Rosjanie, z jednej strony przedmiot naszej pogardy: dzikusy, prymitywy, barbarzyńcy.
Z drugiej przedmiot podziwu: jako potęga polityczna, militarna, a także (jednak!) kulturalna.
Ruskich raczej nie lubimy, czemu, patrząc na wspólną historię, trudno się dziwić. Rosja budziła niechęć, ale często też fascynację. Wielki kraj, który ma wszystko: rozległe terytorium, bogactwa naturalne, bezpieczeństwo;
a jednocześnie państwo przygnębiającej nędzy.
Jednym z pierwszych pisarzy, którzy próbowali skutecznie zmierzyć się
z fenomenem Rosji był Francuz Astolphe de Custine. Pan markiz raczył się wybrać na krótki wojaż do Petersburga i Moskwy, a swoje wrażenia
w sensacyjnych „Listach z Rosji”.
Oto refleksja po pierwszym spotkaniu z Rosjanami: „Na widok dworzan rosyjskich w działaniu uderzyło mnie natychmiast, że wykonują swój zawód wielmożów z nadzwyczajną pokorą; jest to rodzaj niewolników wyższego rzędu”.
De Custine podróżował w roku 1839, a więc za panowania Mikołaja I, w czasie największej potęgi imperium Romanowów, ćwierć wieku po Kongresie Wiedeńskim, który kończył krwawą epopeję napoleońską. Cesarskie marzenia Bonapartego rozwiały się na mroźnych rosyjskich równinach, nic więc dziwnego, że Francuzi usiłowali zrozumieć z kim mają do czynienia: „…ta potworna mieszanka subtelności Bizancjum i okrucieństwa hordy, ta walka etykiety Cesarstwa Wschodniego z dzikimi cnotami Azji wytworzyła niezwykłe Państwo, które Europa widzi dziś wyprostowane i którego wpływu może jutro dozna nie rozumiejąc jego sprężyn”.
Nie rozumiemy do dzisiaj tego potwornego mechanizmu, nie rozumiemy również jego najmniejszych części, czyli ludzi, Rosjanin jest trudny do przeniknięcia, na pozór szczery, a naprawdę podejrzliwy i nieufny: „…wszyscy tu myślą o tym, o czym nikt nie mówi”. I jeszcze na ten sam temat: „…Wszyscy urodzeni w Rosji lub pragnący żyć w tym kraju spiknęli się, by wszystko bez wyjątku przemilczać, nic się tu nie mówi, a jednak wszystko się wie…”.
Kolejny cytat, niestety, bardzo aktualny: „Podług ostatnich informacji o klęsce podczas peterhofskiego festynu, które udało mi się zdobyć dziś rano, przewyższyła ona moje przypuszczenia. W dodatku nigdy nie poznamy dokładnie okoliczności tego wydarzenia. Każdy wypadek jest tu uważany za sprawę państwową”.
De Custine opuszczał Rosję pełen złych przeczuć co do jej historii: „Gdyby kiedyś udało się wywołać przez lud rosyjski prawdziwą rewolucję, masakra byłaby regularna jak parada wojskowa. Miasteczka i wsie zamieniono by
w koszary, a zorganizowane morderstwo wychodząc w pełnym uzbrojeniu
z chat postępowałoby naprzód w szeregu, we wzorowym porządku. Wreszcie Rosjanie przygotowaliby się do rabunku od Smoleńska po Irkuck tak, jak maszerują na paradzie na placu przed Pałacem Zimowym w Petersburgu.”
De Custine trafnie przewidział przyszłość Rosji, na szczęście historię narodu tworzą nie tylko władcy i żołnierze. W historii jest także miejsce dla poetów.
„Listy z Rosji” są bolesną lekturą, dlatego równocześnie zacząłem czytać wiersze Josifa Brodskiego. To też Rosja, ta lepsza i piękniejsza. Miejmy nadzieję, że w końcu poeci zwyciężą.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

O suflerach

„Cały świat to scena, a ludzie na nim to tylko aktorzy”. Tak rozpoczyna swój sławny monolog Jakub, towarzysz wygnanego Księcia ze sztuki Williama Shakespeara „Jak wam się podoba”.
Zdaje się, że metafora Jakuba jest celna, rzeczywiście jesteśmy aktorami, gramy dla bardzo kapryśnej publiczności, czasem nam klaszczą, częściej gwiżdżą, nienawidzimy widzów, choć jednocześnie bardzo pragniemy ich aplauzu i bardzo często mamy wrażenie, że jesteśmy źle obsadzeni…
Mamy też suflerów. Sufler to wynalazek dosyć późny, osiemnastowieczny, słowo pochodzi z francuskiego „souffleur”, czyli podpowiadacz. Przez długi czas sufler korzystał ze specjalnej budki, z której zrezygnowano po II wojnie. Zainteresowanych odsyłam do nieocenionego „Alfabetu teatru dla analfabetów i zaawansowanych”, Tadeusza Nyczka.
Niewielu suflerów przeszło do historii teatru, wspomnę tu o dwóch. Przed wojną w Teatrze Polskim dyrektor Arnold Szyfman zatrudniał pewnego Józia, suflera, który oprócz kolosalnego doświadczenia miał również garb, a garbus, jak wiadomo, przynosi teatrowi szczęście. I patrząc na przedwojenne dzieje sceny przy Karasia, rzeczywiście, przynosił.
Najbardziej znanym suflerem w dziejach polskiego teatru był Bronisław Nieszporek. Oprócz podpowiadania pan Nieszporek zajmował się asystowaniem, graniem, pisaniem i tłumaczeniem sztuk. Gdy Polskę odwiedził sławny Louis Jouvet, najwięcej pytań zadawał mu (po francusku) właśnie Nieszporek, co Jouveta zdumiało: „Jeżeli macie takich suflerów, to jacy są aktorzy?”
Ale wracajmy do metafory szekspirowskiej. Sufler artystą nie jest, za to, spryciarz, ma przed nosem tekst sztuki, więc w razie czego poratuje. Kłopot na scenie życia polega na tym, że suflerów jest wielu, wszyscy mamy mnóstwo podpowiadaczy, którzy są mądrzejsi od nas, tak im się w każdym razie wydaje. Na dodatek, tak jak w teatrze, w razie sukcesu sufler poczuwa się do współudziału, a w razie porażki oczywiście nie. Czasem ma jeszcze pretensje, że on podpowiadał, próbował ratować, ale to my coś źle usłyszeliśmy albo czegoś nie zrozumieliśmy.
Radzę więc korzystać z suflerów umiarkowanie, a w razie jakiejś wtopy udawać, że tak właśnie miało być, że tak jest w naszej roli. Zapewniam, że niewielu widzów się zorientuje…

niedziela, 16 stycznia 2011

O Andrzeju Bobkowskim

Kiedy czytałem „Szkice piórkiem” zazdrościłem ich autorowi rozkoszy rowerowych podróży po południowej Francji, picia wina, zajadania serów, trzeźwości spojrzenia i konsekwentnego dążenia do niezależności. Współczułem natomiast rozdwojenia uczuć do jego dwóch ojczyzn, czyli Francji i Polski.
Bobkowski kocha Francję, jej wspaniałą kulturę i imponującą historię, niestety, czas, w którym zaczyna pisać, wiosna 1940, jest czasem strasznej klęski Francji, klęski militarnej i zwłaszcza moralnej.
Francuzi nie chcieli umierać za Gdańsk. Niedługo potem okazało się, że nie chcą także umierać za Paryż. Bobkowski w swej wędrówce dotarł do Tulonu, wielkiej bazy floty francuskiej. Patrzy na bezczynne okręty i nie może uwolnić się od gorzkich myśli: „Tu widzę Francję nagą, leżącą w Tulonie, jak dziwka. Czeka i uśmiecha się z rezygnacją, rozchyla nogi…”. Ale Francji, podobnie jak pięknej kobiecie, wiele się wybacza.
Francuzi umierają niechętnie, natomiast Polacy wręcz przeciwnie: „Nasza mania cierpiętnictwa nieoświeconego, wieczna gotowość do umierania czy trzeba, czy nie potrzeba, do każdego poświęcenia, doprowadziły do tego, że Francuz albo Anglik jest głęboko przekonany, iż nam łatwiej jest rozstać się z życiem niż osobnikowi jakiejkolwiek innej narodowości”.
Wydarzenia wojenne skłaniają Bobkowskiego do refleksji nad kulturą europejską, nad jej niewesołymi perspektywami. Swój pogląd na świat tłumaczy Bobkowski Tadziowi, towarzyszowi rowerowej podróży. Dorobek świata jest jak pula z trzema wpłatami: grecką, rzymską i chrześcijańską. Ten dorobek nie wystarcza, aby uczynić świat lepszym, dlatego szuka się innych środków, totalizmów, jak faszyzm i komunizm: „Dla totalizmu nie ma nic nietykalnego, a ty jako człowiek, zależnie od twoich umiejętności, nie jesteś przede wszystkim Tadziem, lecz tylko łopatą, kilofem, śrubokrętem, pilnikiem i tak dalej. Ludzie tacy jak ja, są tam tylko piórem, pędzlem, płyta gramofonową albo w ogóle – i najczęściej kataryną. Można z nimi robić, co się chce. Los ich, ich życie zależą od jakiegoś centralnego wykresu i wykres ten dyktuje, czy ludziom tym ma być gorzej lub lepiej”.
Bobkowski był wielkim piewcą wolności, ostro krytykował komunizm, dlatego był zakazany w Polsce Ludowej. W kraju, w którym, z jednej strony nadal uważano, że Polak powinien się poświęcać, tym razem dla świetlanej przyszłości, w kraju, w którym ludziom można było myśleć jedynie to, na co pozwoliła władza, a z drugiej strony, w kraju bez wdzięku, bez smaku, kraju szarym i pszenno- buraczanym, nie było miejsca dla piewcy wolności, samodzielnego myślenia i zwykłych życiowych przyjemności.
Bobkowski, zniechęcony do upadającej Europy, wyjechał do Gwatemali. Nie wiem, czy jego przekonanie o upadku naszej cywilizacji było słuszne, może było trochę przesadzone, warto jednak czytać Bobkowskiego, warto próbować żyć pełnią życia, nawet, gdy okoliczności nam nie sprzyjają. Trzeba im wtedy uciec, choćby na rowerze, a potem –
„Obudziło mnie słońce. Weszło przez szpary w deskach i przekroiło mój pokoik na kilkanaście części. Wstałem, narąbałem drzewa, i zagotowałem kawy. Potem wypakowałem moje skarby i umeblowałem się. Cieszę się każdym głupstwem, każdym rondelkiem, puszką, nożykiem. Układam starannie, a na widok aluminiowego talerzyka z cytryną, pomidorami i jajkami na tle kraciastej serwetki popadłem w zachwyt. Położyłem na to nożyk; nabrało życia i sensu. A gdy postawiłem obok tego małą solniczkę z zielonym czubkiem i kromkę chleba, stwierdziłem, ze to już prawie przeżycie. Miałem ochotę malować. I to koniecznie jak Cezanne.”
Żyjmy tak, żeby nam się chciało malować. Malować, śpiewać, pisać wiersze i robić masę innych głupstw.

niedziela, 2 stycznia 2011

O "Kinderszenen"

Długo przymierzałem się do tej książki. Jarosława Marka Rymkiewicza bardzo cenię, zarówno jako poetę jak i eseistę, ale temat „Kinderszenen” powstrzymywał mnie od lektury. Przyznam, że ciężko mi czytać o Powstaniu Warszawskim, o tragedii miasta i dziesiątków tysięcy jego mieszkańców.
Przemogłem się jednak i przeczytałem. I nie żałuję.
Rymkiewicz refleksje o Powstaniu przeplata ze wspomnieniami ze swojego dzieciństwa, skupię się na kwestii Powstania.
Pierwsza rzecz to nasi ówcześni wrogowie. Rymkiewicz pisze o Niemcach. No, o Niemcach, a o kim ma pisać? Otóż kiedy pisze się i mówi o ostatniej wojnie, mówi się raczej o nazistach i hitlerowcach. O Niemcach rzadziej. Sami Niemcy też wolą posługiwać się określeniem „ hitlerowcy”, czemu trudno się dziwić, jednak dlaczego w Polsce mówi się o zbrodniach hitlerowskich, a nie niemieckich? Rozumiem, że wtedy pojednanie byłoby trudniejsze, ile jednak warte jest pojednanie oparte na niedomówieniach? Trzeba także pamiętać o pewnej manipulacji, chętnie wykonywanej zwłaszcza przez panią Steinbach i jej ferajnę - zbrodni dokonywali hitlerowcy i naziści, a kto był ofiarą alianckich nalotów i powojennych wypędzeń? Oczywiście Niemcy…
Niemcy podpalili świat, Niemcy wywołali wojnę w skali dotychczas niewidzianej. Ogarnęło ich szaleństwo zabijania, zwycięstwa za wszelką cenę. Nieważne było życie Żyda, Polaka, Rosjanina, nieważne było też życie Niemca, ważne było zwycięstwo i wieczne albo przynajmniej tysiącletnie trwanie Trzeciej Rzeszy.
Zastanawiając się nad sensem Powstania Rymkiewicz stwierdza, że było ono szaloną odpowiedzią Polaków na szaleństwo Niemców. Niemcy zabijali wszystkich i niszczyli wszystko w drodze do zwycięstwa. Polacy decydując się na zbrojny opór w Warszawie przyjęli niemiecka grę: mordujcie ile chcecie, nic wam to nie da. Niemieckiego obłędu nie można było zwalczyć racjonalizmem. Trzeba było wykazać się obłędem tej samej miary.
Teza Rymkiewicza jest interesująca, nie mogę jednak się z nią zgodzić. Cena szaleństwa była za wysoka. Mit za który trzeba zapłacić życiem i straszliwym cierpieniem tysięcy ludzi jest dla mnie nie do przyjęcia. Czy Polska byłaby gorsza, gdyby nie było legendy Powstania? Czy my bylibyśmy gorsi, gdybyśmy nie musieli pamiętać o krwawym lecie 44 roku? Zdaniem Rymkiewicza tak…
Jest w tej książce jeszcze jedna teza, z którą nie mogę się zgodzić. Rymkiewicz twierdzi, że po obu stronach spotkali się fachowcy. Sądzę, że akurat po polskiej stronie fachowców zabrakło. Wojna, poza wszystkim, jest rzemiosłem, ma zasady, których lekceważenie kończy się tragicznie. Kiedy czyta się o wojskowych przygotowaniach do Powstania, o tym na jakiej podstawie podjęto decyzję o jego wybuchu, trudno, moim zdaniem, mówić o fachowcach. Było w tym dużo chciejstwa i braku wyobraźni. Jaki fachowiec może dać rozkaz do ataku na bunkier gołymi rękami? Na jakiej podstawie oczekiwano, że Stalin, sprawca cierpień milionów ludzi, akurat wtedy zachowa się przyzwoicie i przyjdzie Powstaniu z odsieczą? Jaki spec od lotnictwa mógł się spodziewać, że aliancka pomoc będzie miała jakikolwiek wpływ na walki w Warszawie? Takich pytać można niestety postawić jeszcze sporo.
„Kinderszenen” to książka ważna i dotkliwa, książka, którą warto znać i z którą warto się spierać. Poglądy Jarosława Rymkiewicza są dyskusyjne i całe szczęście, bo jest o czym i jest z kim dyskutować.