Po długim oczekiwaniu udało mi się dopchać w bibliotecznej kolejce do bestsellera Janusza Głowackiego „Good night Dżerzi”. Przeczytałem
i rozumiem, czemu czekałem tak długo, książka jest naprawdę świetna.
Zastanawiałem się, czy zamiast „świetna” nie napisać „bardzo dobra”. Dlaczego? Z tchórzostwa oczywiście, książkę Głowackiego dobrze się czyta, lektura wciąga, mówiąc popularnie, a nad arcydziełem wypadałoby jednak troszkę się namordować. A tu nic, przyjemność po prostu.
Pamiętam, że mordowałem się nad książkami bohatera „Good night…”, Jerzego Kosińskiego. Strasznie mnie męczyły te wszystkie okropieństwa, które spotykały postaci z „Malowanego ptaka” i „Kroków”. Męczyły i nudziły, jak wszystkie numery grane na jednej, ponurej nucie.
Dobrze, ja się męczyłem, ale inni nie, a Amerykanie oszaleli, był przecież czas, kiedy w Stanach Kosiński był kimś niesłychanie ważnym.
Właśnie, sukces, powodzenie, to łączy Głowackiego z Kosińskim. Wydaje się, że Kosiński narobił więcej hałasu, zapłacił jednak o wiele większą cenę. Złośliwi mogliby dodać, że sam się o to prosił. Drażnił, prowokował, w końcu doczekał się oskarżeń o ubarwianie życiorysu i o plagiat. I co z tego, kto z nas nie zmyśla na swój temat? Kto z nas nie korzysta z dorobku bliźnich?
Wróćmy do kwestii plagiatu. „Wystarczy być”, książka na podstawie której powstał obsypany nagrodami film z Peterem Sellersem, jest bardzo podobna do „Kariery Nikodema Dyzmy”. Podobna, ale nie identyczna. Niejaki Shakespeare (o czym wspomina się też w książce Głowackiego), też korzystał
z cudzych historyjek. I całe szczęście.
Czy nigdy nie zdarzyło się Państwu czytać książki o niezłej fabule, ale źle napisanej? Kosiński podobno bardzo lubił dzieło Dołęgi – Mostowicza
(na drugie imię miał Nikodem) i oddał temu dziełu wielki hołd – napisał jego lepszą wersję. A źli ludzie opowiadają, że, panie wybaczą, zerżnął z Dyzmy.
Ja uważam, że „Wystarczy być” to nie plagiat, to interpretacja. Wariacja. Bywały „Hamlety” z dobrym zakończeniem, przyznam się, że chętnie bym coś takiego obejrzał. A „Romeo i Julia”? Czy nie chcielibyście Państwo zobaczyć na scenie hucznego wesela, o którym długo jeszcze byłoby głośno nie tylko
w Weronie, ale i w całej Italii?
A propos wesela, czy nie macie dosyć tego głupiego Jaśka, który zgubił złoty róg? Ja mam, błagam, niech ktoś zrobi „Wesele” Wyspiańskiego z happy endem. Niech Jasiek zadmie, niech chłopy ruszą na Kraków, niech pogonią Austriaków z Wawelu!
Młodzi literaci, korzystajcie z doświadczeń pana Kosińskiego i pana Głowackiego. Przerabiajcie i dopisujcie, niech Lir cieszy się z córek, niech Raskolnikow ucieknie do Ameryki, niech pani Bovary żyje długo i szczęśliwie. Mało arcydzieł? Są jeszcze ich autorzy i ich biografie, śmiało, brać i przerabiać.
Tymczasem zachęcam raz jeszcze do czytania Głowackiego, a jak się komuś Głowacki nie podoba, niech napisze o nim książkę.
„Good morning Dżanus” na przykład…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz