niedziela, 29 sierpnia 2010

O "być albo nie być"

"Być albo nie być" to, jak wiadomo, ważne pytanie, które zadał sobie Hamlet, książę Danii, a skłoniła go do tego dosyć niemiła atmosfera panująca u króla Klaudiusza ("źle się dzieje w państwie duńskim...").
A propos, przypomniał mi się cytat ze skarbnicy niezastąpionego redaktora Szpakowskiego: "Ostatnia minuta meczu! Być albo nie być Polaków wisi na włosku!".
Wróćmy jednak do tematu. Kiedy Shakespeare pisał swoją najsłynniejszą kwestię, nie przypuszczał zapewne, że pytanie "być albo nie być" będzie dotyczyło jego obecności w literaturze. Od lat bowiem uczonych całego świata dręczy pytanie, czy Shakespeare w ogóle istniał, a jeśli nawet istniał, to czy aby na pewno on jest autorem wszystkich swoich dzieł.
William zdaje się nie bardzo się przejmował swoim, że tak powiem, życiem pośmiertnym, grał i pisał (bo to chyba jednak on), publika wtedy chciała, tak jak i dziś, żeby było dużo nowości, a w tych nowościach, żeby było dużo akcji, krwi, seksu, polityki i co nieco humoru. Dzieła Shakespeara mają sporo wyżej wymienionych cech doskonałego elżbietańskiego scenicznego przeboju, a "Hamlet" ma je wszystkie.
Akcja. Noooo, akcji jest dużo, Hamlet spotyka ducha swojego tatusia, który mu zdradza straszliwą tajemnicę, wskutek czego Hamlet musi zrobić jedną rzecz, ale zanim ją zrobi, chce się upewnić, czy to był na pewno duch, a nie szatan, czy coś takiego, okazuje się, że jednak duch miał rację i Hamlet robi tę rzecz powodując gwałtowny zgon głównego czarnego charakteru oraz, niestety, paru osób postronnych.
Krew. Też nie można narzekać - stary Hamlet - otruty przez ucho, brrr, Poloniusz - dźgnięty sztychem, Rosenkrantz i Guildenstern - wysłani na śmierć, Ofelia - "utopiła się w obronie własnej" i jeszcze ofiary sceny finałowej...
Seks. Nie pokazuje się go na scenie, ale mówi się o nim dosyć otwarcie, zwłaszcza Hamlet nie ma zahamowań, dosyć ostro dokucza Ofelii, a potem mamusi.
Polityka. Cała historia dzieje się na zamku królewskim, w tle jest jeszcze wojna z Norwegią, a nawet z Polską!
Humor. Mamy zgryźliwe żarty głównego bohatera,kpiny grabarzy, Horacego...
W każdym razie autor "Hamleta" miał doskonałe wyczucie teatru, teatru w ogóle i teatru tamtych czasów.
Co skłoniło uczonych do powątpiewania w geniusz Shakespeara i jego autorstwo? Otóż uznali oni, że tak wspaniałe dzieła, pełne tylu różnych mądrości, mógł stworzyć tylko ktoś gruntownie wykształcony. Tymczasem o wykształceniu Shakespeara nic nie wiemy, trochę tylko się domyślamy.
To oczywiście prawda, ale z drugiej strony, ilu uczonych parało się pisaniem dla teatru? Mam na myśli takich, których nazwiska cokolwiek komukolwiek mówią?
Przychodzi mi do głowy dwóch: Seneka i Wolter. Seneka pisał tragedie, ale zdaje się, że dziś nikt ich nie gra, był też filozofem i nauczycielem Nerona, ze smutnym skutkiem zarówno dla pedagoga, jak i dla ucznia...
Wolter krytykował Shakespeara, ale dziś Shakespeare jest największą postacią teatru, a sztuki Francuza zarastają bibliotecznym kurzem... Wolter miał za to więcej od Seneki (i od Shakespeara) szczęścia do koronowanych głów, korespondował na przykład z carycą Katarzyną i pobierał od niej sute, że się tak wyrażę, stypendium.
Tak więc argument o uczoności wydaje mi się słaby. Shakespeare po prostu potrafił przekuć na dramat każde przeżycie, każdą myśl, każdą zasłyszaną gdzieś opowieść.
Poza tym William Shakespeare (czy też ten pan, który go udawał) wiedział, że:
"Cały świat to scena,
a ludzie na nim, to tylko aktorzy..."

piątek, 13 sierpnia 2010

O opinii

Opinia jest rzeczą istotną. Opinia może uwierać, a może też pomagać. Skąd się bierze opinia? Z osobistego doświadczenia, z tzw. pierwszej obserwacji i z sumy innych opinii. Czasem opinia bierze się z przemyśleń, ale rzadko.
Jak się opinia do kogoś przyczepi, to trudno się jej pozbyć, zresztą nie zawsze trzeba, bo opinia może być pozytywna, wtedy sobie z nią żyjemy, albo negatywna, wtedy poszła won.
Ja na przykład mam opinię osoby nieco chaotycznej. Dziwne. Nie wiem, czy być z tego zadowolonym, czy nie. Z jednej strony to wada, ale z drugiej można udawać, że to zaleta, wymyślić do tego jakieś porządne, stabilne uzasadnienie i trzymać się go. Chaotyczny jest pan Śmiech, bo artysta, bo w głowie "taki mu się jawi dramat..."
i tak dalej.
Mam też opinię osoby pogodnej. Tu akurat duży wpływ miało nazwisko, Śmiech musi być wesołym facetem, to oczywiste. Śmiech może też być szyderczy, sardoniczny, przez łzy, sztuczny, idiotyczny, ordynarny i w ogóle wredny, ale ludzie na szczęście rzadko pamiętają o ciemnej stronie Śmiecha, pardon, śmiechu.
Ja akurat jestem pogodnym, przyjemnym Śmiechem. Pamiętam z wojska (mówiłem, że byłem w wojsku?) spotkania z żandarmerią. Podchodziliśmy do siebie. Salutowaliśmy.
Oni we dwóch albo i we trzech. Ja jeden. Oni sztywni i zasadniczy. Ja trochę przestraszony, bo kto wie, co się w tych żandarmskich łbach dzieje. A potem brali moją książeczkę wojskową. "O, szeregowy Śmiech" i rozpromieniali się, spytali, co słychać, a nawet czasem zażartowali - "Co, na dziewczynki się wyskoczyło?"
A jedna pani nauczycielka w ogólniaku powiedziała, że nie muszę się uśmiechać, bo moje oczy się ciągle uśmiechają.
Jak tu żyć z takimi oczami?
Przyzwyczaić się trzeba.
Wracając do tematu. I do ogólniaka. W szkole wbija się dziatwie w główki, że wieszcz Adam Mickiewicz miał wielki kłopot z opinią bliźnich. Z jednej strony zależało mu, żeby go podziwiali, szanowali i czytali, nawet pod strzechą,
a z drugiej nienawidził ich i pogardzał nimi. Jest o tym spory kawałek w Wielkiej Improwizacji,ale jest ona za wielka, żeby ją tu cytować.
Otóż wydaje mi się, że ten problem miał nie tylko Adam - Gustaw - Konrad, mają go też szarzy zjadacze chleba. Ja chętnie udaję, że guzik mnie obchodzi co myśli ludzkość o moim uczesaniu, o moim pisaniu itd., aliści wolałbym, żeby ludzkość myślała o mnie dobrze. Panie niby mają w nosie, co myślą koleżanki o ich kreacjach, ale spędzają długie godziny przed otwartą szafą i przebierają, przebierają, przebierają... Władzunia ma gdzieś obywateli, ale w okolicy wyborów gotowa jest zatańczyć na rurze, aby tylko pozyskać kilka głosów.
Tak więc w mojej opinii gigantyczne problemy z opinią mogą dręczyć każdego.
A co z tym zrobić?
To samo co Adam Mickiewicz. Improwizować.

czwartek, 5 sierpnia 2010

O Racheli

Jest w "Weselu" Wyspiańskiego pewna interesująca pani - Rachela. Córka żydowskiego karczmarza przychodzi poszaleć i widać, że dziewucha jest oczytana i w ogóle. Używa takich słów jak "ensemble", czy "feeria". Chodzi po bronowickiej chacie, to z tym pogada, to z tamtym, poezję lubi bardzo, więc ma z kim gadać. Pan Młody to przecież z zawodu literat, Poeta, jak sama nazwa wskazuje, również.
Rachela jest wykształcona i obyta w ówczesnych nowoczesnościach - "Ogromnie dużo wierszy czytałam", ale sama nie chce wziąć się do pracy. "Pisała pani kiedy" - pyta z nadzieją, a może też z trwogą Poeta. Bo może Rachela pisze i to lepiej od niego. "Nie chciałam", odpowiada.
I to jest proszę Państwa skandal. Tatuś żyły sobie wypruwa, żeby dziewczyna była artystką, funduje książki, wycieczki do Wiednia na operę, a ona nic! Miesza w głowach męskich i tyle. A tato się stara, nawet w czasie wesela, zamiast się bawić i kielicha strzelić, interesy załatwia. Próbuje odzyskać dług od Czepca, co jest pomysłem niefortunnym, gdyż Czepiec ma już dobrze w czubie i jedyne co można od niego dostać, to w mordę.
Pieniądze rzadko chodzą w parze z poezją, a tu jak już przyszły, to panna Rachela beztrosko i nieodpowiedzialnie oświadcza: "Gust ten właśnie wielki miałam, żeby nie pisać".
A jak pokazuje historia zdecydowana większość poetów przymierała głodem, chyba, że się miało tatę magnata, jak Zygmunt Krasiński, albo dobrze się grało na giełdzie, jak Juliusz Słowacki.
Wracając do poetek, słyszałem o jednej pani, która pisała, a forsę miała sama z siebie. Dawno temu, gdy byłem w wojsku (tak, wiem, trudno w to uwierzyć, ale nie o tym teraz mówimy), dowództwo w trosce o nasz rozwój intelektualny zorganizowało nam spotkanie z panem krytykiem literackim, nazwiska nie pomnę. Pan gadał i gadał, dosyć nudno, aż wreszcie zaczął krytykować (krytyk przecież) jakąś panią za jej twórczość. Głównym, jak by się wyraził pewien mój znajomy profesor, elementem wkurwiennym, był dla krytyka fakt, że nie dość, że babol pisał, to jeszcze drukował na swój koszt, gdyż posiadał szklarnię! Wtedy obudził się we mnie rycerz i wystąpiłem w obronie poetki badylarki, że ze swoimi pieniędzmi może robić co chce.
Nazwiska tej pani nie pamiętam, pamiętam tylko, że koledzy byli ze mnie dumni, czemu dali wyraz stawiając mi piwo w garnizonowym bufecie.
Przypadek wyżej opisany nie zmienia bolesnego faktu, że my poeci żyjemy na skromnym wikcie, a nadzieja otrzymania Nobla jest słabą pociechą, gdyż średnia wieku laureatów jest przygnębiająco wysoka.
Co tedy począć? Myślę, że rozwiązaniem jest powrót do tradycji poezji dworskiej. Poeci powinni znaleźć sobie możnego mecenasa i opiewać cnoty jego, jego małżonki, dzieci, psa, konia itd. Wiem, że to trudne, że dziś twórczością dworską zajmują się całe koncerny medialne, że nasi władcy mają na skinienie dłoni dzienniki, tygodniki, telewizje, ale czy ktoś ma lepszy pomysł?
W każdym razie jeśli jakiś dwór pragnąłby zostać przeze mnie uwieczniony w sonetach, odach, hymnach, itp., zapraszam do współpracy.