czwartek, 5 sierpnia 2010

O Racheli

Jest w "Weselu" Wyspiańskiego pewna interesująca pani - Rachela. Córka żydowskiego karczmarza przychodzi poszaleć i widać, że dziewucha jest oczytana i w ogóle. Używa takich słów jak "ensemble", czy "feeria". Chodzi po bronowickiej chacie, to z tym pogada, to z tamtym, poezję lubi bardzo, więc ma z kim gadać. Pan Młody to przecież z zawodu literat, Poeta, jak sama nazwa wskazuje, również.
Rachela jest wykształcona i obyta w ówczesnych nowoczesnościach - "Ogromnie dużo wierszy czytałam", ale sama nie chce wziąć się do pracy. "Pisała pani kiedy" - pyta z nadzieją, a może też z trwogą Poeta. Bo może Rachela pisze i to lepiej od niego. "Nie chciałam", odpowiada.
I to jest proszę Państwa skandal. Tatuś żyły sobie wypruwa, żeby dziewczyna była artystką, funduje książki, wycieczki do Wiednia na operę, a ona nic! Miesza w głowach męskich i tyle. A tato się stara, nawet w czasie wesela, zamiast się bawić i kielicha strzelić, interesy załatwia. Próbuje odzyskać dług od Czepca, co jest pomysłem niefortunnym, gdyż Czepiec ma już dobrze w czubie i jedyne co można od niego dostać, to w mordę.
Pieniądze rzadko chodzą w parze z poezją, a tu jak już przyszły, to panna Rachela beztrosko i nieodpowiedzialnie oświadcza: "Gust ten właśnie wielki miałam, żeby nie pisać".
A jak pokazuje historia zdecydowana większość poetów przymierała głodem, chyba, że się miało tatę magnata, jak Zygmunt Krasiński, albo dobrze się grało na giełdzie, jak Juliusz Słowacki.
Wracając do poetek, słyszałem o jednej pani, która pisała, a forsę miała sama z siebie. Dawno temu, gdy byłem w wojsku (tak, wiem, trudno w to uwierzyć, ale nie o tym teraz mówimy), dowództwo w trosce o nasz rozwój intelektualny zorganizowało nam spotkanie z panem krytykiem literackim, nazwiska nie pomnę. Pan gadał i gadał, dosyć nudno, aż wreszcie zaczął krytykować (krytyk przecież) jakąś panią za jej twórczość. Głównym, jak by się wyraził pewien mój znajomy profesor, elementem wkurwiennym, był dla krytyka fakt, że nie dość, że babol pisał, to jeszcze drukował na swój koszt, gdyż posiadał szklarnię! Wtedy obudził się we mnie rycerz i wystąpiłem w obronie poetki badylarki, że ze swoimi pieniędzmi może robić co chce.
Nazwiska tej pani nie pamiętam, pamiętam tylko, że koledzy byli ze mnie dumni, czemu dali wyraz stawiając mi piwo w garnizonowym bufecie.
Przypadek wyżej opisany nie zmienia bolesnego faktu, że my poeci żyjemy na skromnym wikcie, a nadzieja otrzymania Nobla jest słabą pociechą, gdyż średnia wieku laureatów jest przygnębiająco wysoka.
Co tedy począć? Myślę, że rozwiązaniem jest powrót do tradycji poezji dworskiej. Poeci powinni znaleźć sobie możnego mecenasa i opiewać cnoty jego, jego małżonki, dzieci, psa, konia itd. Wiem, że to trudne, że dziś twórczością dworską zajmują się całe koncerny medialne, że nasi władcy mają na skinienie dłoni dzienniki, tygodniki, telewizje, ale czy ktoś ma lepszy pomysł?
W każdym razie jeśli jakiś dwór pragnąłby zostać przeze mnie uwieczniony w sonetach, odach, hymnach, itp., zapraszam do współpracy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz