"Być albo nie być" to, jak wiadomo, ważne pytanie, które zadał sobie Hamlet, książę Danii, a skłoniła go do tego dosyć niemiła atmosfera panująca u króla Klaudiusza ("źle się dzieje w państwie duńskim...").
A propos, przypomniał mi się cytat ze skarbnicy niezastąpionego redaktora Szpakowskiego: "Ostatnia minuta meczu! Być albo nie być Polaków wisi na włosku!".
Wróćmy jednak do tematu. Kiedy Shakespeare pisał swoją najsłynniejszą kwestię, nie przypuszczał zapewne, że pytanie "być albo nie być" będzie dotyczyło jego obecności w literaturze. Od lat bowiem uczonych całego świata dręczy pytanie, czy Shakespeare w ogóle istniał, a jeśli nawet istniał, to czy aby na pewno on jest autorem wszystkich swoich dzieł.
William zdaje się nie bardzo się przejmował swoim, że tak powiem, życiem pośmiertnym, grał i pisał (bo to chyba jednak on), publika wtedy chciała, tak jak i dziś, żeby było dużo nowości, a w tych nowościach, żeby było dużo akcji, krwi, seksu, polityki i co nieco humoru. Dzieła Shakespeara mają sporo wyżej wymienionych cech doskonałego elżbietańskiego scenicznego przeboju, a "Hamlet" ma je wszystkie.
Akcja. Noooo, akcji jest dużo, Hamlet spotyka ducha swojego tatusia, który mu zdradza straszliwą tajemnicę, wskutek czego Hamlet musi zrobić jedną rzecz, ale zanim ją zrobi, chce się upewnić, czy to był na pewno duch, a nie szatan, czy coś takiego, okazuje się, że jednak duch miał rację i Hamlet robi tę rzecz powodując gwałtowny zgon głównego czarnego charakteru oraz, niestety, paru osób postronnych.
Krew. Też nie można narzekać - stary Hamlet - otruty przez ucho, brrr, Poloniusz - dźgnięty sztychem, Rosenkrantz i Guildenstern - wysłani na śmierć, Ofelia - "utopiła się w obronie własnej" i jeszcze ofiary sceny finałowej...
Seks. Nie pokazuje się go na scenie, ale mówi się o nim dosyć otwarcie, zwłaszcza Hamlet nie ma zahamowań, dosyć ostro dokucza Ofelii, a potem mamusi.
Polityka. Cała historia dzieje się na zamku królewskim, w tle jest jeszcze wojna z Norwegią, a nawet z Polską!
Humor. Mamy zgryźliwe żarty głównego bohatera,kpiny grabarzy, Horacego...
W każdym razie autor "Hamleta" miał doskonałe wyczucie teatru, teatru w ogóle i teatru tamtych czasów.
Co skłoniło uczonych do powątpiewania w geniusz Shakespeara i jego autorstwo? Otóż uznali oni, że tak wspaniałe dzieła, pełne tylu różnych mądrości, mógł stworzyć tylko ktoś gruntownie wykształcony. Tymczasem o wykształceniu Shakespeara nic nie wiemy, trochę tylko się domyślamy.
To oczywiście prawda, ale z drugiej strony, ilu uczonych parało się pisaniem dla teatru? Mam na myśli takich, których nazwiska cokolwiek komukolwiek mówią?
Przychodzi mi do głowy dwóch: Seneka i Wolter. Seneka pisał tragedie, ale zdaje się, że dziś nikt ich nie gra, był też filozofem i nauczycielem Nerona, ze smutnym skutkiem zarówno dla pedagoga, jak i dla ucznia...
Wolter krytykował Shakespeara, ale dziś Shakespeare jest największą postacią teatru, a sztuki Francuza zarastają bibliotecznym kurzem... Wolter miał za to więcej od Seneki (i od Shakespeara) szczęścia do koronowanych głów, korespondował na przykład z carycą Katarzyną i pobierał od niej sute, że się tak wyrażę, stypendium.
Tak więc argument o uczoności wydaje mi się słaby. Shakespeare po prostu potrafił przekuć na dramat każde przeżycie, każdą myśl, każdą zasłyszaną gdzieś opowieść.
Poza tym William Shakespeare (czy też ten pan, który go udawał) wiedział, że:
"Cały świat to scena,
a ludzie na nim, to tylko aktorzy..."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz