Józef K. źle spał dzisiejszej nocy. Najpierw długo nie mógł zasnąć z powodu dziwnego natłoku myśli, potem spał płytkim snem, przerywanym co pewien czas tajemniczymi odgłosami za oknem.
Rano obudziło go nieznośne wrażenie, że ktoś mu się przygląda. Otworzył oczy. W progu pokoju stał wysoki, masywny mężczyzna, ubrany w czarny surdut.
- Co pan tu robi? - zdziwił się Józef K.
- Jest pan aresztowany.
Odpowiedź mężczyzny była tak nieprawdopodobna, że Józef K. zaniemówił. Po chwili jednak ocknął się i wyjął spod poduszki jakiś dokument.
- Proszę. Oto moja legitymacja poselska. Nie może mnie pan aresztować, chroni mnie immunitet. Niech pan natychmiast wyjdzie, chcę spokojnie zjeść śniadanie.
Mężczyzna odwrócił się z legitymacją w ręce i przez uchylone drzwi powiedział do kogoś:
- On chce zjeść śniadanie.
Za drzwiami rozległ się nerwowy chichot, po chwili do pokoju wszedł drugi mężczyzna.
- Śniadanie? Jest pan aresztowany.
Józef K. spojrzał znacząco na pierwszego mężczyznę. Ten podał swojemu koledze legitymację K.
- Zobacz Franciszku, co dostałem od pana K.
Mężczyzna nazwany Franciszkiem obejrzał legitymację, zgniótł ją w dłoniach, wsadził do ust, przez kilka chwil przeżuwał i wreszcie połknął.
- Jest pan aresztowany, panie K. - powtórzył.
Józef K. ciężko westchnął, melancholijnie zamyślając się nad potęgą literatury.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz