niedziela, 16 stycznia 2011

O Andrzeju Bobkowskim

Kiedy czytałem „Szkice piórkiem” zazdrościłem ich autorowi rozkoszy rowerowych podróży po południowej Francji, picia wina, zajadania serów, trzeźwości spojrzenia i konsekwentnego dążenia do niezależności. Współczułem natomiast rozdwojenia uczuć do jego dwóch ojczyzn, czyli Francji i Polski.
Bobkowski kocha Francję, jej wspaniałą kulturę i imponującą historię, niestety, czas, w którym zaczyna pisać, wiosna 1940, jest czasem strasznej klęski Francji, klęski militarnej i zwłaszcza moralnej.
Francuzi nie chcieli umierać za Gdańsk. Niedługo potem okazało się, że nie chcą także umierać za Paryż. Bobkowski w swej wędrówce dotarł do Tulonu, wielkiej bazy floty francuskiej. Patrzy na bezczynne okręty i nie może uwolnić się od gorzkich myśli: „Tu widzę Francję nagą, leżącą w Tulonie, jak dziwka. Czeka i uśmiecha się z rezygnacją, rozchyla nogi…”. Ale Francji, podobnie jak pięknej kobiecie, wiele się wybacza.
Francuzi umierają niechętnie, natomiast Polacy wręcz przeciwnie: „Nasza mania cierpiętnictwa nieoświeconego, wieczna gotowość do umierania czy trzeba, czy nie potrzeba, do każdego poświęcenia, doprowadziły do tego, że Francuz albo Anglik jest głęboko przekonany, iż nam łatwiej jest rozstać się z życiem niż osobnikowi jakiejkolwiek innej narodowości”.
Wydarzenia wojenne skłaniają Bobkowskiego do refleksji nad kulturą europejską, nad jej niewesołymi perspektywami. Swój pogląd na świat tłumaczy Bobkowski Tadziowi, towarzyszowi rowerowej podróży. Dorobek świata jest jak pula z trzema wpłatami: grecką, rzymską i chrześcijańską. Ten dorobek nie wystarcza, aby uczynić świat lepszym, dlatego szuka się innych środków, totalizmów, jak faszyzm i komunizm: „Dla totalizmu nie ma nic nietykalnego, a ty jako człowiek, zależnie od twoich umiejętności, nie jesteś przede wszystkim Tadziem, lecz tylko łopatą, kilofem, śrubokrętem, pilnikiem i tak dalej. Ludzie tacy jak ja, są tam tylko piórem, pędzlem, płyta gramofonową albo w ogóle – i najczęściej kataryną. Można z nimi robić, co się chce. Los ich, ich życie zależą od jakiegoś centralnego wykresu i wykres ten dyktuje, czy ludziom tym ma być gorzej lub lepiej”.
Bobkowski był wielkim piewcą wolności, ostro krytykował komunizm, dlatego był zakazany w Polsce Ludowej. W kraju, w którym, z jednej strony nadal uważano, że Polak powinien się poświęcać, tym razem dla świetlanej przyszłości, w kraju, w którym ludziom można było myśleć jedynie to, na co pozwoliła władza, a z drugiej strony, w kraju bez wdzięku, bez smaku, kraju szarym i pszenno- buraczanym, nie było miejsca dla piewcy wolności, samodzielnego myślenia i zwykłych życiowych przyjemności.
Bobkowski, zniechęcony do upadającej Europy, wyjechał do Gwatemali. Nie wiem, czy jego przekonanie o upadku naszej cywilizacji było słuszne, może było trochę przesadzone, warto jednak czytać Bobkowskiego, warto próbować żyć pełnią życia, nawet, gdy okoliczności nam nie sprzyjają. Trzeba im wtedy uciec, choćby na rowerze, a potem –
„Obudziło mnie słońce. Weszło przez szpary w deskach i przekroiło mój pokoik na kilkanaście części. Wstałem, narąbałem drzewa, i zagotowałem kawy. Potem wypakowałem moje skarby i umeblowałem się. Cieszę się każdym głupstwem, każdym rondelkiem, puszką, nożykiem. Układam starannie, a na widok aluminiowego talerzyka z cytryną, pomidorami i jajkami na tle kraciastej serwetki popadłem w zachwyt. Położyłem na to nożyk; nabrało życia i sensu. A gdy postawiłem obok tego małą solniczkę z zielonym czubkiem i kromkę chleba, stwierdziłem, ze to już prawie przeżycie. Miałem ochotę malować. I to koniecznie jak Cezanne.”
Żyjmy tak, żeby nam się chciało malować. Malować, śpiewać, pisać wiersze i robić masę innych głupstw.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz