czwartek, 9 grudnia 2010

O zbiegu okoliczności

Zdarzył mi się dziwny przypadek. Zbieg okoliczności. Czytałem w autobusie „Ćwiczenia z pamięci” Erwina Axera, a w nich wspomnienia o Adamie Tarnie i o Konradzie Swinarskim. W domu na portalu e-teatr trafiłem na artykuł Joanny Siedleckiej z „Rzeczypospolitej” zatytułowany „Operacja Gombrowicz”.
W roku 1963 Witold Gombrowicz przebywał w Berlinie Zachodnim na stypendium Forda. Właśnie tam odwiedziła go Barbara Witek – Swinarska, młoda dziennikarka i tłumaczka, prywatnie żona Konrada Swinarskiego. Przeprowadziła wywiad z pisarzem, a potem nieautoryzowaną wersję rozmowy zamieściła w „Życiu literackim”. Wynikało z niej, że Gombrowicz jest pełnym pychy idiotą, który lekceważy niemieckie zbrodnie w Polsce. W komunistycznej prasie rozpętała się burza, pisarz nie miał oczywiście żadnej możliwości sprostowania manipulacji i przekłamań pani Swinarskiej. Po latach tłumaczyła się ona naiwnością i swoim niedoświadczeniem, jakoś tak ta jej rozmowa z Gombrowiczem nie wyszła… Tymczasem okazało się, że pani Swinarska nie była naiwnym dziewczątkiem, ale współpracownikiem kontrwywiadu PRL, zaś jej berlińskie spotkanie było elementem operacji „Gombrowicz”, mającej na celu skompromitowanie pisarza. Zachowane w IPN raporty pisane przez panią Swinarską są przerażające. To z jej powodu Gombrowicz został obrzucony błotem i opluty, to ona miała udział w fałszywym oskarżeniu Ireneusza Iredyńskiego o gwałt, co skończyło się dla niego trzyletnim więzieniem. Barbara Swinarska donosiła także na Adama Tarna i , co najbardziej smutne, na swojego męża. Dwóch wspaniałych ludzi, których tak pięknie opisał Erwin Axer. Dziś Barbara Swinarska żyje w zapomnieniu, nie chce wracać do tamtych lat. Jej historia to przygnębiająca opowieść o tym, czym była Polska Ludowa, czym w rzeczywistości było to państwo, państwo, które poświęcało mnóstwo czasu i energii na walkę z każdą niezależną myślą i każdym nieposłusznym obywatelem.
Dziś byli członkowie i działacze PZPR chętnie mówią o zwalczaniu analfabetyzmu, o domach kultury, o gigantycznych nakładach klasyki. A co z operacją „Gombrowicz”? A co z Iredyńskim i Tarnem? Co z tyloma innymi artystami? Z Tyrmandem, Jasienicą, Hłaską i wielu, wielu innymi? Jak to było naprawdę z tą kulturą, towarzysze?

niedziela, 14 listopada 2010

O Andrzeju Doboszu

Człowiek, o którym dziś piszę, jest popularnym, choć właściwie nieznanym aktorem, oraz znakomitym pisarzem i wybitnym znawcą literatury. Andrzej Dobosz przeszedł do historii polskiego kina jako twórca, który nie może być jednocześnie tworzywem.
Niesamowity filozof z "Rejsu" jest, moim zdaniem, jednym z najwybitniejszych polskich felietonistów. Inteligent z Żoliborza, uczeń Jana Kotta i Leszka Kołakowskiego, wielki miłośnik literatury i XIX wieku, człowiek o nienagannych manierach i pasjonującej biografii.
Osoby ciekawe szczegółów życia Andrzeja Dobosza zapraszam do lektury jego książek: "Pustelnik z Krakowskiego Przedmieścia", "Generał w bibliotece", "Ogrody i śmietniki".
Ten miły i uprzejmy człowiek bywa bardzo surowy i ostry w swoich ocenach. Irytują go zwłaszcza ludzie, którzy robili nie zawsze uczciwe kariery w Polsce Ludowej, a dziś udają niewiniątka.
Obecnie przynależność do PZPR, a nawet aktywna działalność w tej partii nie jest powodem do wstydu. Dawni jej członkowie tłumaczą się swoimi przekonaniami lewicowymi. Tak komentuje ten fakt Andrzej Dobosz:
...złudzenia możliwe po roku 1956 czy 1971, nie mogły trwać długo. Jakiekolwiek były motywy ich przynależności, członkowie partii z długoletnim stażem nie mają najmniejszego prawa twierdzić, że trwali w niej z przywiązania do ideałów lewicowych."
I jeszcze jedna opinia na temat czułych na krzywdę ludzką towarzyszach z SLD:
„Otóż teza o wyjątkowej wrażliwości społecznej budzi zasadniczy sprzeciw. O każdym, kto po roku 1970, 1976 czy 13 grudnia 1981 zapisał się do PZPR lub w niej pozostał, można powiedzieć, że dał wyraz całkowitego braku wrażliwości społecznej. Niemal wszyscy wpływowi działacze SLD mają za sobą staż w PZPR z lat 1970-1989”.
Andrzej Dobosz poświęcił także parę tekstów tygodnikowi „Polityka”, którą profesor Marcin Kula nazwał „niepokornym zespołem redakcyjnym”. Zdaniem Dobosza „Polityka zawsze żywiła chęć dostosowania się do każdego etapu".
Kolejna opinia o „Polityce”: „Marcin Kula powiada, że przez wiele lat „Polityka” odgrywała dobrą i niepokorną rolę. Być „niepokornym”, a odgrywać rolę to całkiem nie to samo”.
Na koniec o „Polityce” w latach 1967-1968:
„To prawda, że Polityka wówczas zachowywała w naszych oczach daleko posuniętą wstrzemięźliwość wobec syjonistów i czeskich towarzyszy. Ale urodzonemu po latach czytelnikowi trudno byłoby dziś dopatrzyć się w tamtych numerach Polityki choćby łagodnej niezgody na to, co się wtedy działo.”
Dziś felietonistą „Polityki” jest Stanisław Tym, partner Andrzeja Dobosza z „Rejsu”.
Andrzej Dobosz udowodnił, że jest raczej twórcą, niż tworzywem.
Tymczasem Stanisław Tym znowu gra w salonowca.

czwartek, 2 września 2010

O Józefie K.

Józef K. źle spał dzisiejszej nocy. Najpierw długo nie mógł zasnąć z powodu dziwnego natłoku myśli, potem spał płytkim snem, przerywanym co pewien czas tajemniczymi odgłosami za oknem.
Rano obudziło go nieznośne wrażenie, że ktoś mu się przygląda. Otworzył oczy. W progu pokoju stał wysoki, masywny mężczyzna, ubrany w czarny surdut.
- Co pan tu robi? - zdziwił się Józef K.
- Jest pan aresztowany.
Odpowiedź mężczyzny była tak nieprawdopodobna, że Józef K. zaniemówił. Po chwili jednak ocknął się i wyjął spod poduszki jakiś dokument.
- Proszę. Oto moja legitymacja poselska. Nie może mnie pan aresztować, chroni mnie immunitet. Niech pan natychmiast wyjdzie, chcę spokojnie zjeść śniadanie.
Mężczyzna odwrócił się z legitymacją w ręce i przez uchylone drzwi powiedział do kogoś:
- On chce zjeść śniadanie.
Za drzwiami rozległ się nerwowy chichot, po chwili do pokoju wszedł drugi mężczyzna.
- Śniadanie? Jest pan aresztowany.
Józef K. spojrzał znacząco na pierwszego mężczyznę. Ten podał swojemu koledze legitymację K.
- Zobacz Franciszku, co dostałem od pana K.
Mężczyzna nazwany Franciszkiem obejrzał legitymację, zgniótł ją w dłoniach, wsadził do ust, przez kilka chwil przeżuwał i wreszcie połknął.
- Jest pan aresztowany, panie K. - powtórzył.
Józef K. ciężko westchnął, melancholijnie zamyślając się nad potęgą literatury.

niedziela, 29 sierpnia 2010

O "być albo nie być"

"Być albo nie być" to, jak wiadomo, ważne pytanie, które zadał sobie Hamlet, książę Danii, a skłoniła go do tego dosyć niemiła atmosfera panująca u króla Klaudiusza ("źle się dzieje w państwie duńskim...").
A propos, przypomniał mi się cytat ze skarbnicy niezastąpionego redaktora Szpakowskiego: "Ostatnia minuta meczu! Być albo nie być Polaków wisi na włosku!".
Wróćmy jednak do tematu. Kiedy Shakespeare pisał swoją najsłynniejszą kwestię, nie przypuszczał zapewne, że pytanie "być albo nie być" będzie dotyczyło jego obecności w literaturze. Od lat bowiem uczonych całego świata dręczy pytanie, czy Shakespeare w ogóle istniał, a jeśli nawet istniał, to czy aby na pewno on jest autorem wszystkich swoich dzieł.
William zdaje się nie bardzo się przejmował swoim, że tak powiem, życiem pośmiertnym, grał i pisał (bo to chyba jednak on), publika wtedy chciała, tak jak i dziś, żeby było dużo nowości, a w tych nowościach, żeby było dużo akcji, krwi, seksu, polityki i co nieco humoru. Dzieła Shakespeara mają sporo wyżej wymienionych cech doskonałego elżbietańskiego scenicznego przeboju, a "Hamlet" ma je wszystkie.
Akcja. Noooo, akcji jest dużo, Hamlet spotyka ducha swojego tatusia, który mu zdradza straszliwą tajemnicę, wskutek czego Hamlet musi zrobić jedną rzecz, ale zanim ją zrobi, chce się upewnić, czy to był na pewno duch, a nie szatan, czy coś takiego, okazuje się, że jednak duch miał rację i Hamlet robi tę rzecz powodując gwałtowny zgon głównego czarnego charakteru oraz, niestety, paru osób postronnych.
Krew. Też nie można narzekać - stary Hamlet - otruty przez ucho, brrr, Poloniusz - dźgnięty sztychem, Rosenkrantz i Guildenstern - wysłani na śmierć, Ofelia - "utopiła się w obronie własnej" i jeszcze ofiary sceny finałowej...
Seks. Nie pokazuje się go na scenie, ale mówi się o nim dosyć otwarcie, zwłaszcza Hamlet nie ma zahamowań, dosyć ostro dokucza Ofelii, a potem mamusi.
Polityka. Cała historia dzieje się na zamku królewskim, w tle jest jeszcze wojna z Norwegią, a nawet z Polską!
Humor. Mamy zgryźliwe żarty głównego bohatera,kpiny grabarzy, Horacego...
W każdym razie autor "Hamleta" miał doskonałe wyczucie teatru, teatru w ogóle i teatru tamtych czasów.
Co skłoniło uczonych do powątpiewania w geniusz Shakespeara i jego autorstwo? Otóż uznali oni, że tak wspaniałe dzieła, pełne tylu różnych mądrości, mógł stworzyć tylko ktoś gruntownie wykształcony. Tymczasem o wykształceniu Shakespeara nic nie wiemy, trochę tylko się domyślamy.
To oczywiście prawda, ale z drugiej strony, ilu uczonych parało się pisaniem dla teatru? Mam na myśli takich, których nazwiska cokolwiek komukolwiek mówią?
Przychodzi mi do głowy dwóch: Seneka i Wolter. Seneka pisał tragedie, ale zdaje się, że dziś nikt ich nie gra, był też filozofem i nauczycielem Nerona, ze smutnym skutkiem zarówno dla pedagoga, jak i dla ucznia...
Wolter krytykował Shakespeara, ale dziś Shakespeare jest największą postacią teatru, a sztuki Francuza zarastają bibliotecznym kurzem... Wolter miał za to więcej od Seneki (i od Shakespeara) szczęścia do koronowanych głów, korespondował na przykład z carycą Katarzyną i pobierał od niej sute, że się tak wyrażę, stypendium.
Tak więc argument o uczoności wydaje mi się słaby. Shakespeare po prostu potrafił przekuć na dramat każde przeżycie, każdą myśl, każdą zasłyszaną gdzieś opowieść.
Poza tym William Shakespeare (czy też ten pan, który go udawał) wiedział, że:
"Cały świat to scena,
a ludzie na nim, to tylko aktorzy..."

piątek, 13 sierpnia 2010

O opinii

Opinia jest rzeczą istotną. Opinia może uwierać, a może też pomagać. Skąd się bierze opinia? Z osobistego doświadczenia, z tzw. pierwszej obserwacji i z sumy innych opinii. Czasem opinia bierze się z przemyśleń, ale rzadko.
Jak się opinia do kogoś przyczepi, to trudno się jej pozbyć, zresztą nie zawsze trzeba, bo opinia może być pozytywna, wtedy sobie z nią żyjemy, albo negatywna, wtedy poszła won.
Ja na przykład mam opinię osoby nieco chaotycznej. Dziwne. Nie wiem, czy być z tego zadowolonym, czy nie. Z jednej strony to wada, ale z drugiej można udawać, że to zaleta, wymyślić do tego jakieś porządne, stabilne uzasadnienie i trzymać się go. Chaotyczny jest pan Śmiech, bo artysta, bo w głowie "taki mu się jawi dramat..."
i tak dalej.
Mam też opinię osoby pogodnej. Tu akurat duży wpływ miało nazwisko, Śmiech musi być wesołym facetem, to oczywiste. Śmiech może też być szyderczy, sardoniczny, przez łzy, sztuczny, idiotyczny, ordynarny i w ogóle wredny, ale ludzie na szczęście rzadko pamiętają o ciemnej stronie Śmiecha, pardon, śmiechu.
Ja akurat jestem pogodnym, przyjemnym Śmiechem. Pamiętam z wojska (mówiłem, że byłem w wojsku?) spotkania z żandarmerią. Podchodziliśmy do siebie. Salutowaliśmy.
Oni we dwóch albo i we trzech. Ja jeden. Oni sztywni i zasadniczy. Ja trochę przestraszony, bo kto wie, co się w tych żandarmskich łbach dzieje. A potem brali moją książeczkę wojskową. "O, szeregowy Śmiech" i rozpromieniali się, spytali, co słychać, a nawet czasem zażartowali - "Co, na dziewczynki się wyskoczyło?"
A jedna pani nauczycielka w ogólniaku powiedziała, że nie muszę się uśmiechać, bo moje oczy się ciągle uśmiechają.
Jak tu żyć z takimi oczami?
Przyzwyczaić się trzeba.
Wracając do tematu. I do ogólniaka. W szkole wbija się dziatwie w główki, że wieszcz Adam Mickiewicz miał wielki kłopot z opinią bliźnich. Z jednej strony zależało mu, żeby go podziwiali, szanowali i czytali, nawet pod strzechą,
a z drugiej nienawidził ich i pogardzał nimi. Jest o tym spory kawałek w Wielkiej Improwizacji,ale jest ona za wielka, żeby ją tu cytować.
Otóż wydaje mi się, że ten problem miał nie tylko Adam - Gustaw - Konrad, mają go też szarzy zjadacze chleba. Ja chętnie udaję, że guzik mnie obchodzi co myśli ludzkość o moim uczesaniu, o moim pisaniu itd., aliści wolałbym, żeby ludzkość myślała o mnie dobrze. Panie niby mają w nosie, co myślą koleżanki o ich kreacjach, ale spędzają długie godziny przed otwartą szafą i przebierają, przebierają, przebierają... Władzunia ma gdzieś obywateli, ale w okolicy wyborów gotowa jest zatańczyć na rurze, aby tylko pozyskać kilka głosów.
Tak więc w mojej opinii gigantyczne problemy z opinią mogą dręczyć każdego.
A co z tym zrobić?
To samo co Adam Mickiewicz. Improwizować.

czwartek, 5 sierpnia 2010

O Racheli

Jest w "Weselu" Wyspiańskiego pewna interesująca pani - Rachela. Córka żydowskiego karczmarza przychodzi poszaleć i widać, że dziewucha jest oczytana i w ogóle. Używa takich słów jak "ensemble", czy "feeria". Chodzi po bronowickiej chacie, to z tym pogada, to z tamtym, poezję lubi bardzo, więc ma z kim gadać. Pan Młody to przecież z zawodu literat, Poeta, jak sama nazwa wskazuje, również.
Rachela jest wykształcona i obyta w ówczesnych nowoczesnościach - "Ogromnie dużo wierszy czytałam", ale sama nie chce wziąć się do pracy. "Pisała pani kiedy" - pyta z nadzieją, a może też z trwogą Poeta. Bo może Rachela pisze i to lepiej od niego. "Nie chciałam", odpowiada.
I to jest proszę Państwa skandal. Tatuś żyły sobie wypruwa, żeby dziewczyna była artystką, funduje książki, wycieczki do Wiednia na operę, a ona nic! Miesza w głowach męskich i tyle. A tato się stara, nawet w czasie wesela, zamiast się bawić i kielicha strzelić, interesy załatwia. Próbuje odzyskać dług od Czepca, co jest pomysłem niefortunnym, gdyż Czepiec ma już dobrze w czubie i jedyne co można od niego dostać, to w mordę.
Pieniądze rzadko chodzą w parze z poezją, a tu jak już przyszły, to panna Rachela beztrosko i nieodpowiedzialnie oświadcza: "Gust ten właśnie wielki miałam, żeby nie pisać".
A jak pokazuje historia zdecydowana większość poetów przymierała głodem, chyba, że się miało tatę magnata, jak Zygmunt Krasiński, albo dobrze się grało na giełdzie, jak Juliusz Słowacki.
Wracając do poetek, słyszałem o jednej pani, która pisała, a forsę miała sama z siebie. Dawno temu, gdy byłem w wojsku (tak, wiem, trudno w to uwierzyć, ale nie o tym teraz mówimy), dowództwo w trosce o nasz rozwój intelektualny zorganizowało nam spotkanie z panem krytykiem literackim, nazwiska nie pomnę. Pan gadał i gadał, dosyć nudno, aż wreszcie zaczął krytykować (krytyk przecież) jakąś panią za jej twórczość. Głównym, jak by się wyraził pewien mój znajomy profesor, elementem wkurwiennym, był dla krytyka fakt, że nie dość, że babol pisał, to jeszcze drukował na swój koszt, gdyż posiadał szklarnię! Wtedy obudził się we mnie rycerz i wystąpiłem w obronie poetki badylarki, że ze swoimi pieniędzmi może robić co chce.
Nazwiska tej pani nie pamiętam, pamiętam tylko, że koledzy byli ze mnie dumni, czemu dali wyraz stawiając mi piwo w garnizonowym bufecie.
Przypadek wyżej opisany nie zmienia bolesnego faktu, że my poeci żyjemy na skromnym wikcie, a nadzieja otrzymania Nobla jest słabą pociechą, gdyż średnia wieku laureatów jest przygnębiająco wysoka.
Co tedy począć? Myślę, że rozwiązaniem jest powrót do tradycji poezji dworskiej. Poeci powinni znaleźć sobie możnego mecenasa i opiewać cnoty jego, jego małżonki, dzieci, psa, konia itd. Wiem, że to trudne, że dziś twórczością dworską zajmują się całe koncerny medialne, że nasi władcy mają na skinienie dłoni dzienniki, tygodniki, telewizje, ale czy ktoś ma lepszy pomysł?
W każdym razie jeśli jakiś dwór pragnąłby zostać przeze mnie uwieczniony w sonetach, odach, hymnach, itp., zapraszam do współpracy.

poniedziałek, 12 lipca 2010

O tytule

Skąd tytuł mojego bloga? No z Prousta i co z tego. Snobizm? Tak, ale snobizm szlachetny. Tak mi się zdaje. Chciałem tym tytułem zwrócić uwagę na Prousta i na jego dzieło i chciałem oczywiście się pochwalić, że to dzieło nie jest mi obce.
Na razie nie jest też bardzo bliskie, kończę właśnie trzeci tom, wyznaję, że czytam go z zachwytem.
Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że zachwycam się, żeby nie mieć poczucia, nomen omen, straconego czasu, przewróciłem przecież do tej pory jakieś tysiąc stron, trudno byłoby się przyznać przed samym sobą, że był to wysiłek zbyteczny. Na szczęście nie muszę się do niczego przyznawać, mogę natomiast stanowczo oświadczyć, że te strony dały mi dziką przyjemność, a także, że cieszę się na myśl, że przede mną jeszcze tyle czytelniczych rozkoszy.
Dobrze, przyznam się do czegoś. Raz w chwili zdaje się jakiegoś osłabienia umysłowego strzeliłem sobie prawdziwego snoba. Czytałem Prousta i jednocześnie słuchałem dziewiątej symfonii Beethovena. Pomysł okazał się niefortunny; gdy zanurzałem się w lekturze, symfonia głośno domagała się mojej uwagi,a gdy przymykałem oczy, aby lepiej chłonąć Dziewiątą (wiem, wiem, żenada...) książka kusiła mnie szelestem swych stronic. W efekcie nie nacieszyłem się zbytni, ani jednym, ani drugim.
Nie dało się połączyć tych dwóch rozkoszy. Podobnie nie da się połączyć seksu z jedzeniem. Tak myślę. Chociaż nie próbowałem. Głównie z powodu delikatności mojego żołądka.
Dobrze, wystarczy, wracajmy do tematu. Tak, podpierając się Proustem chciałem uwznioślić moje pisanie. Chciałem odwołać się do czegoś wielkiego, czego bezsprzecznie wspaniałego, a jednocześnie oderwać się od rzeczywistości, codzienności. Chciałem i chcę uniknąć doraźnego komentowania, aktualnych aluzji, chcę być choć trochę ponad. Chcę wierzyć, że życie toczy się również w wyobraźni, w myślach, w marzeniach.
Chcę wierzyć i wierzę. Wiem, że to nie życiowe, wiem, że sam bywam bardzo nieżyciowy, że w zwykłym codziennym życiu często potykam się o własne nogi, ale to dlatego, że głowę mam w chmurach...
I z wysokości tych chmur zachęcam do czytania Prousta i mojego bloga...

środa, 16 czerwca 2010

O korzyściach z oglądania piłki nożnej

Któregoś dnia padało. Lało i lało, aż się człowiekowi robiło niewyraźnie. Patrzyłem za okno, na ten świat, na którym nie dzieje się tak dobrze, jak mogłoby się dziać i oddawałem się melancholii. Ostatnio melancholia i smutek stają się moim hobby.

Kiedyś moim hobby była piłka nożna. Hobby raczej teoretycznym; oglądałem mecze, czytałem sportowe gazety i książki. Teraz jestem już duży i mam ważniejsze sprawy na głowie, ale kiedy trwa mundial wracam do lat dziecinnych, w miarę możliwości oczywiście.

Obecny turniej na razie nie zachwyca. Mało goli, a gole to, jak mawiał redaktor Szpakowski, sól futbolu. Bez goli futbol jest mdły. Mija właśnie pierwsza runda, dwadzieścia pięć goli w szesnastu meczach, oj, słabo…

Tak czy siak, oglądanie piłki nożnej może być pouczające. Zdarzyło mi się na przykład usłyszeć taki komentarz redaktora Szpakowskiego: „Ulewny deszcz nad Stadionem Wojska Polskiego, trudno w takich warunkach antycypować lot piłki…”.

Zamarłem. Odstawiłem piwo. Odłożyłem chipsy. Sięgnąłem po słownik. Sprawdziłem. Powiedziałem: „Achaaa” i wróciłem do meczu.

Gdyby nie padało, nie poznałbym znaczenia nowego słowa. Chociaż? Przecież redaktor Szpakowski mógłby wtedy powiedzieć: „Niebo błękitne nad Stadionem Wojska Polskiego, łatwo w takich warunkach antycypować lot piłki”.

Ciekawe, czy piłkarze znają słowo „antycypować”. Czy krzyczą do siebie w czasie gry: Antycypuj! Antycypuj!”? Czy trener na nich wrzeszczy: „No i jak antycypujecie, gamonie?!”?

A oni mu odkrzykują cytując wyżej wspomnianą frazę: „ Trenerze, trudno w takich warunkach antycypować!”

Ciekawe też, co krzyczeli do siebie nasi piłkarze w ostatnim meczu z Hiszpanią. Ach, ci Hiszpanie… Ostatnio ogrywali wszystkich, nasze Orły stuknęli 6:0, myślałem, że będą walczyć o tytuł, a dziś przegrali ze Szwajcarią!

I weź tu człowieku, antycypuj…