środa, 18 maja 2016

Dwóch panów w Gruzji

Dwóch panów w Gruzji.
Tak, to coś w rodzaju „Trzech panów w łódce”. Dwóch dżentelmenów (jak wiadomo w Wielkiej Brytanii są wyłącznie dżentelmeni) w podróży.
Dla Brytyjczyków kraje na wschód od Odry są bardziej egzotyczne od Indii. Bardzo żałuję, że Anderson i jego przyjaciel nie wybrali się do Polski, ale tymczasem zajmijmy się ich wyprawą gruzińską.
Mister Anderson opisuje peregrynacje kaukaskie komentując je
z angielskim poczuciem humoru. Nie każdy lubi. Ja – tak.
Peregrynuje pan Anderson po górach. Towarzyszą mu tubylcy. Ludzie niebywale gościnni, którzy chętnie dzielą się informacjami, spiżarnią i piwniczką.
A co w tej spiżarni?
Chaczuerebo – grzany ser.
Szebolili selguni – wędzony ser.
Tkemala – sos śliwkowy.
Czadi – chleb kukurydziany.
I masa innych pysznych rzeczy, które dobrze jest popić.
Na przykład czaczą. Czacza to, że zacytuję Andersona: „napitek nęcący jedynie zawartością alkoholu”.
Picie trwa dość długo, ponieważ obowiązkowe są kwieciste toasty.
Nie będzie dla nas niespodzianką, że nazajutrz podróżników męczy nabakczusewi.
Czyli kac.
Dla odzyskania formy można zagrać w cchenburti, coś w rodzaju polo. Różnica polega na tym, że gra się od wioski do wioski.
Żeby nie było, że książka Andersona to opisy jedynie, że tak
to ujmę, bachiczne, praca tego podróżnika zawiera też wiele cennych informacji historycznych i geograficznych.
Gruzja to starożytna Kolchida, więc każde dziecko zna opowieść
o złotym runie. Jak dziecko jest dziewczynką i podrośnie i zmienia stan cywilny to w prezencie otrzymuje egzemplarz „Rycerza
w tygrysiej skórze”, poemat z XII wieku z czasów
królowej Tamary. A jak zostaje mamusią, uczy tych strof swoje dzieci.
I rzeczywiście dzieci cytują długie fragmenty. Gdyby tak u nas „Pana Tadeusza”...
Gruzja była nawiedzana przez wielu napastników: Rzymianie, Persowie,Bizantyjczycy, Arabowie, Turcy, Rosjanie. I najgorsi – władza radziecka.
Tbilisi było burzone w swej historii 32 razy. Dla porównania
pan Anderson przypomina, że ostatnia bitwa na ziemi brytyjskiej miała miejsce w roku 1685 pod Somerset.
Język gruziński, jak wszystkie języki kaukaskie, jest niesłychanie skomplikowany, za to alfabet jest prosty, niemal pokrywa się
z greckim.
Książka pana Andersona doskonale oddaje charakter gruzińskich podróży – szwendanie się bez celu.
Oczywiście z tym brakiem celu to gruba przesada. Celem jest spotkanie wspaniałych ludzi w jednym w najpiękniejszych krajów świata.
Zdaje się, że cel ten został osiągnięty.

Tony Anderson, „Chleb i proch. Wędrówka przez góry Gruzji.”
Wydawnictwo Czarne, 2014

wtorek, 29 marca 2016

Sąsiad


Siedziałem sobie raz w domu nic nie robiąc. Sobota była, południe.
Cisza i spokój.
Nagle za oknem hałas. Patrzę. Dziki tłum. Kilkadziesiąt osób
na moim grochowskim podwórku. I pan z tubą.
Pan z tubą tłumaczył państwu, że przyprowadził ich tutaj z powodu pisarza. Zarumieniłem się. Wydałem na razie jedną książkę,
w czasach Polski Ludowej do zostania członkiem związku literatów trzeba było mieć przynajmniej dwie, jakiż więc pisarz ze mnie?
Po chwili zarumieniłem się jeszcze bardziej. W leniwą sobotę wyleciało mi z głowy, że pisarz z Rębkowska street to nie pan Śmiech, ale Edward Stachura. Jeśli ktoś nie wierzy, niech sprawdzi. Niech zapyta na mieście o pisarza z Rębkowskiej. Czy powiedzą Śmiech, czy Stachura. Założę się o wesołe pół litra, że Stachura jednak.
Pisarza Stachurę niezbyt ceniłem. Pamiętam szał z lat 80.
Typki w czarnych swetrach z gitarami wyrywały najpiękniejsze panny śpiewając Stachurowe piosenki o wędrowaniu i miłości.
Ja nie gram na gitarze, więc niechętnie do typków się odnosiłem. Do Steda, przy okazji, również.
A potem minęły lata i wylądowałem na Rębkowskiej street.
Kiedyś z pijaństwa wracałem jakiegoś taksówką. Kierowca usłyszawszy adres ucieszył się: Tam gdzie Stachura?
No tam – odpowiedziałem z trudem. Zapłaciłem normalnie.
Nie lubię wierszy i piosenek Stachury. Ale że sąsiad, że postać encyklopedyczna, wypada znać. Więc przeczytałem „Siekierezadę”.
I mi się zmieniło. Przepiękne to jest po prostu. Ta proza. I już nie dziwuję się wielbicielom.
A gdy zobaczyłem biografię Steda „Buty Ikara” postanowiłem ją przeczytać.
I przeczytałem.
Książka Mariana Buchowskiego opowiada o dziejach samego Stachury, ale też o dziejach jego pisania. Jak się zaczęło. Jak trwało. Jak czytali. Co myśleli.
Wbrew temu co można by sądzić, wbrew legendzie o włóczędze nieszczęśliwym, Stachura pisarz miał powodzenie. Zachwycił się nim Jarosław Iwaszkiewicz. Iwacha, oprócz tego, że pisarz to najważniejszy człowiek literatury PRL.
Redaktor naczelny „Twórczości”. Bóg Ojciec na Parnasie ówczesnym.
Więc drukował Sted książki, jeździł na wieczory autorskie, jeździł też po świecie dużo, dużo zwłaszcza jak na tamte mało podróżnicze czasy.
A Stachura – obywatel? Stachura – mąż? Kochanek?
Tu było gorzej. Tu były nieszczęścia i rozczarowania.
I jeszcze niestety ta historia źle się skończyła.
Byli przyjaciele, wielbiciele, ale Stachura pod koniec był coraz bardziej sam.
Została legenda. Za duża? Przesadzona?
Nie wiem.
Poczytajcie o Stedzie.
Czytajcie Steda.
Jak bardzo musicie to śpiewajcie, trudno.
Zapraszam nieustająco na Rębkowską street.


Marian Buchowski, „Buty Ikara”, biografia Edwarda Stachury
Iskry, 2014


sobota, 20 lutego 2016

Gruzińskie dolce vita


To się czasem zdarza – czytam jedną książkę, a w niej czai się druga. Czytałem wywiad z Jerzym Stefanem Stawińskim,
a tu w toku rozmowy dowiedziałem się, że pan Jerzy miał żonę Gruzinkę, na dodatek napisała ona książkę, a nawet dwie.
Gdzie ta Gruzja w ogóle jest? Z grubsza wiemy, ale lepiej sprawdzić.
Sprawdziliście? Mogę dalej?
Tak, na Kaukazie.
Nie, gruźlica nie jest stolicą Gruzji.
Tak, to stary dowcip.
Wracając do toku. W latach 90. pojechałem do Francji. Mili młodzi Francuzi chcąc mi sprawić frajdę przynieśli butelkę wódki. Wódki    z Ukrainy. Tłumaczenie, że Polska i Ukraina to nie to samo zajęło mi trochę czasu, zwłaszcza, że rozmawialiśmy po angielsku, mocno pijani i z beznadziejnym akcentem.
W każdym razie chodzi mi o to, że Francuzi nie bardzo wtedy odróżniali nas od Ukraińców. Na zachód od Odry po prostu są jakieś dzikie ludy i Rosjanie.
My wiemy, że na wschodzie są Ruscy. A na tym Kaukazie to już nie wiadomo co.
Więc ta Gruzja jest bardzo daleko, górale jacyś półdzicy, którym Rosjanie przynieśli cywilizację (Rosjanie?! Cywilizację?!).
Mniejsza o Rosjan, gorzej ze Związkiem Radzieckim. Oto wspaniały, piękny kraj o starej, bogatej kulturze i historii zostaje wciągnięty w plugawe komunistyczne radzieckie szambo.
Tych złych czasów tyczą wspomnienia pani Heleny Amiradżibi.
Autorka książki urodziła się 1934 w byłej arystokratycznej rodzinie. Po dawnej Gruzji nic już nie zostało, była za to straszliwa nędza i terror. Terror zaprowadzony niestety przez Gruzina Josifa Dżugaszwili, znanego bardziej pod rewolucyjnym pseudonimem Stalin. Mieszkanie w zawilgoconej norze, bez kuchni i bez łazienki. Wszystko na kartki. Nowy wspaniały świat.
Gruzini jednak się nie dali, w tej strasznej komunistycznej rzeczywistości starali się zachować niektóre zwyczaje. O tym też pisze pani Helena.
Chyba najciekawszy jest opis pogrzebu po gruzińsku. Umarła jedna sąsiadka, starsza już pani. To okazja to retorycznych, aktorskich już właściwie popisów, kto piękniej wyrazi, wykrzyczy swój żal i rozpacz. Podam rzecz w punktach.
  1. Nieboszczka w trumnie. Sąsiadki i rodzina płaczą i zawodzą, na przykład:
    „Mamusiu kochana, ty byłaś jak wielkie drzewo, które daje spokój i ochłodę!”
    Sąsiadka: „Byłam zła i kłóciłam się z tobą, moja ty najukochańsza przyjaciółko! Byłaś aniołem, a ja skróciłam ci życie! Niech uschnie mój przeklęty język!”
  2. Kondukt idzie na cmentarz.
  3. Składanie trumny do grobu, mężczyźni pilnują kobiet, żeby w zapale nie wpadły do dołu.
  4. Po zasypaniu trumny żałobnicy dość szybko udają się na kelech – stypę.
  5. Stypa z udziałem całej wioski.
  6. Cała wioska robi zrzutę na, że tak to ujmę, zwrot kosztów pogrzebu.
  7. Wino, śpiewanie smutnych pieśni, toasty ku czci zmarłej.
  8. Wino, weselsze pieśni.
  9. Wino, zupełnie wesołe pieśni, wzajemne życzenia pomyślności.
  10. Wino, wesołe piosenki, rubaszne dowcipy.
  11. Gdy pijani goście zaczynają tańczyć, goście trzeźwi, przeważnie kobiety, kończą uroczystość.
Taka też jest ta książka, dużo w niej bólu i łez, ale w tle jest radość, cudowne wino i zabawa w dobrym towarzystwie.
Kto zna Gruzję ucieszy się tą książką.
Kto nie zna Gruzji niech pozna.

Helena Amiradżibi, „Słodkie życie księżniczki”
Wydawnictwo Warszawskie, 1996

środa, 10 lutego 2016

Polskiej szkoły nie było.


Odważny tytuł, co?
A o co chodzi?
O polską szkołę filmową.
Jak to nie było? Wajdy nie było? Munka nie było? Stawińskiego
nie było?
Był Stawiński. Jerzy Stefan Stawiński. On właśnie powiedział,
że polskiej szkoły filmowej nie było.
Umarł Stalin. Pojawił się Chruszczow. Z tajnym referatem. Polscy komuniści nie wiedzieli co robić. Jakie filmy kręcić. Co wolno, czego nie.
W tę niepewność wskoczyło paru młodych zdolnych. Munk i jego „Człowiek na torze”. Niby socrealizm, bo rzecz się dzieje wśród klasy robotniczej. Nowe walczy ze starym.
Ale to kino nie było już socrealistyczne.
Skąd się wziął „Człowiek na torze”? Z opowiadania Stawińskiego. Stawiński potem opisywał swój życiorys. Sam żartował, że właśnie ten jego życiorys jest scenariuszem szkoły polskiej.
Stawiński był w powstaniu warszawskim. W kanałach. Napisał opowiadanie, ale Munk nie chciał tego robić. Zrobił Wajda. Pierwszy film o pokoleniu kolumbów.
Kolumbów wymyślił Roman Bratny, ale Stawiński, jak to on, mówi, że „nie byliśmy żadnymi kolumbami.”
Kim był zatem pan Stawiński? Scenarzystą? Mówi, że nie. Czuje się pisarzem. Pisał opowiadania, a potem reżyserzy robili z tego filmy.
Czytałem te opowiadania, ale niestety, najpierw zobaczyłem filmy.
Dlaczego „niestety”? Ponieważ kiedy czytałem, w głowie przewijały mi się filmy.
”Kanał” z Wieńczysławem Glińskim i Tadeuszem Janczarem. 
Fenomenalny Edward Dziewoński jako Dzidziuś Górkiewicz
w „Eroice”.
Genialny Bogumił Kobiela jako Piszczyk.
Nic nie poradzę.
Były też inne filmy, inne książki. O nich również opowiada Stawiński.
Przeczytajcie tę rozmowę. I te książki.
Filmy już widzieliście, ale zobaczcie je jeszcze raz.


„Do filmu trafiłem przypadkiem”
Z Jerzym Stefanem Stawińskim rozmawia Barbara Giza


Wydawnictwo Trio, Warszawa 2007


czwartek, 15 października 2015

O "Historii O"

„Ach tak!” – zawoła oburzony czytelnik.
„To po to wróciłeś do pisania o książkach, żeby mieć pretekst do czytania pornosów?!”
Trochę tak…
A skoro już przeczytałem, to trudno, podzielę się wrażeniami.
„Historia O” nie jest zwykłym pornosem, jest dziś klasyką literatury francuskiej. Za to kiedy ukazała się w roku 1954 zrobiła wielki skandal. Autorka ukryła się pod pseudonimem, a wydawca musiał procesować się z oburzonymi czytelnikami. 
Pani Dominique Aury, która napisała o O, była redaktorką 
i tłumaczką. I recenzentką w szacownym wydawnictwie Gallimard. Kolegowała się tam z Albertem Camus. Tym od mitu Syzyfa. Od „Dżumy” i od Nobla.
Dobrze, dobrze, Camus, bardzo ładnie, a co z tą O?
Panna O została umieszczona przez własnego ukochanego 
w pewnym odległym pałacyku, a tam zrobiono z niej niewolnicę. O jest używana jako seksualna zabawka na wszystkie możliwe sposoby, a od czasu do czasu obrywa jeszcze pejczem po pupie, kiedy jest niegrzeczna (?!).
Dosyć  te jej przygody są monotonne, nie wiem dlaczego zawsze niewolnictwo oznacza bycie seksualnym gadżetem ? Dlaczego na przykład nikt nie każe O pastować podłogi albo obierać ziemniaków? Ja bym kazał.
Co do klasyki. Klasyka polega między innymi na tym, że w dziele używa się pięknych, zapomnianych słów. W „Historii O” tym słowem są „lędźwie”. Oczywiście O jest, że tak powiem, zaangażowana w całości, każdy słodki centymetr kwadratowy 
jej cudownego ciała jest na zmianę pieszczony i poniewierany, 
ale lędźwie obrywają najbardziej.
Nasi klasycy też pisali o lędźwiach.
Zdaje się, że Henryk Sienkiewicz pisał.
A propos Sienkiewicza.
Podzielę się z Wami skrytym marzeniem.
Gdyby O wpadła w moje włochate, samcze łapska, chciałbym, 
aby łupała dla mnie lędźwiami orzechy…

poniedziałek, 12 października 2015

Z moich półek

Wahałem się.
Zastanawiałem się, czy wrócić do tego bloga.
 Czy pisać o książkach.
Wahanie moje wzięło się stąd, że nagle sam stałem się pisarzem. Czyli facetem, który wydał książkę.
Wahałem się, bo skoro sam piszę, to jak oceniać innych?
Ale tu przyszedł mu w sukurs właśnie inny. Inny pisarz. Andrzej Dobosz. Andrzej Dobosz wydał właśnie kolejną książkę – 
„Z różnych półek.” Rzecz bardzo przydatna dla zagubionych moli książkowych. Nie wiesz człowieku, co czytać? Zajrzyj do Dobosza. On podpowie.
Czasami podpowiadał w swoich wcześniejszych książkach, które też Wam polecam.
Dziwna sprawa, a może właśnie nie, Andrzej Dobosz jest słabo znany, a jeśli już to jako aktor. Filozof z „Rejsu”. Twórca, który nie może jednocześnie być tworzywem.
Ja też jestem aktorem. Lalkarzem w objazdowym teatrze. Tak jak pan Dobosz marzył o napisaniu powieści z XIX wieku, tak ja marzę o spisaniu swoich teatralnych podróży.
"Ale chwilunia!" - zawoła przytomny czytelnik - „Pan grasz 
w teatrze, a nie w filmie”!
W filmie jeszcze nie. Za to w serialach tak. W paradokumentach tak zwanych. Dlaczego? Dla pieniędzy. A tak między nami uważam, że nie ma wielkiej różnicy między telenowelą, 
a paradokumentem.
W paradokumencie mamy straszne jakieś wydarzenie i kilka zaskakujących zwrotów akcji upchanych w półgodzinny odcinek. W telenoweli ta sama historia jest ciągnięta za uszy przez pięćset odcinków.
Zachęcam jednak raczej do chodzenia do teatru niż oglądania telewizji. Podejrzewam, że Andrzej Dobosz nie ma telewizora. Natomiast ma masę książek.
I o tych książkach pisze. Znajduje lektury pominięte, niezauważone i zlekceważone. Udowadnia też, że książki to nie tylko sterty zakurzonego papieru – książki to życie.

I z tym przeświadczeniem zapraszam do zajrzenia na moje półki.

piątek, 1 lutego 2013

Conrad


Gdy pospolitość za bardzo skrzeczy, gdy szukam wytchnienia od powszedniości, szarości i jak tam to jeszcze nazywają, uciekam do książek. Do książek, w których ludzie są prawdziwi, są naprawdę dobrzy, albo naprawdę źli, robią coś wspaniałego albo coś ohydnego i biorą za to odpowiedzialność.
Lektura Josepha Conrada przenosi mnie do lepszego świata, do takiej rzeczywistości, w której trzeba się zmagać z losem, walczyć z nim, często ulegać mu, poddawać mu się, ale tej walki nie można przełożyć na później, nie sposób się od niej wymigać, nie da się powiedzieć, że to nie moja sprawa, niech to załatwi ktoś inny. Niech to się samo załatwi. Niech da mi spokojnie zjeść, wypić, posiedzieć przed telewizorem.
Pewnie to złudzenia typowe dla mola książkowego. Nie wiem kto powiedział, że życie nieudolnie naśladuje sztukę, ale coś w tym jest. Nasze polskie życie nawet nie próbuje naśladować sztuki Conrada. Ani na przykład Gombrowicza, ani Mrożka, a przecież słyszało się od uczonych w piśmie: mówimy Mrożkiem. Sytuacja, jak z Mrożka. Potem przyszedł czas na „Mrożek by tego nie wymyślił”.
Chyba nie. Nikt tego nie wymyśla. Samo się robi, siłą bezwładu ciągnie. Na dno, niestety, bo nie w górę przecież.
A co z tym Conradem? Daje mi też nadzieję. Chłopak z Berdyczowa ucieka spod rosyjskiego knuta, szoruje pokłady francuskich okrętów, wplątuje się w długi, w afery polityczne, musi znów uciekać, pod banderę brytyjską i z tego rodzi się wielki pisarz i jego wielkie opowieści. 
Więc nie bójmy się życia i jego burz, z każdego sztormu można ujść cało, zawsze trzeba mieć nadzieję, że gdzieś w pobliżu czeka na nas przyjazny port...