Odważny
tytuł, co?
A
o co chodzi? O polską szkołę filmową.
Jak to nie było? Wajdy nie było? Munka nie było? Stawińskiego
nie było?
Był Stawiński. Jerzy Stefan Stawiński. On właśnie powiedział,
że polskiej szkoły filmowej nie było.
Umarł Stalin. Pojawił się Chruszczow. Z tajnym referatem. Polscy komuniści nie wiedzieli co robić. Jakie filmy kręcić. Co wolno, czego nie.
W tę niepewność wskoczyło paru młodych zdolnych. Munk i jego „Człowiek na torze”. Niby socrealizm, bo rzecz się dzieje wśród klasy robotniczej. Nowe walczy ze starym.
Ale to kino nie było już socrealistyczne.
Skąd się wziął „Człowiek na torze”? Z opowiadania Stawińskiego. Stawiński potem opisywał swój życiorys. Sam żartował, że właśnie ten jego życiorys jest scenariuszem szkoły polskiej.
Stawiński był w powstaniu warszawskim. W kanałach. Napisał opowiadanie, ale Munk nie chciał tego robić. Zrobił Wajda. Pierwszy film o pokoleniu kolumbów.
Kolumbów wymyślił Roman Bratny, ale Stawiński, jak to on, mówi, że „nie byliśmy żadnymi kolumbami.”
Kim był zatem pan Stawiński? Scenarzystą? Mówi, że nie. Czuje się pisarzem. Pisał opowiadania, a potem reżyserzy robili z tego filmy.
Czytałem te opowiadania, ale niestety, najpierw zobaczyłem filmy.
Dlaczego „niestety”? Ponieważ kiedy czytałem, w głowie przewijały mi się filmy.
”Kanał” z Wieńczysławem Glińskim i Tadeuszem Janczarem.
Fenomenalny Edward Dziewoński jako Dzidziuś Górkiewicz
w „Eroice”.
Genialny Bogumił Kobiela jako Piszczyk.
Nic nie poradzę.
Były też inne filmy, inne książki. O nich również opowiada Stawiński.
Przeczytajcie tę rozmowę. I te książki.
Filmy już widzieliście, ale zobaczcie je jeszcze raz.
„Do filmu trafiłem przypadkiem”
Wydawnictwo Trio, Warszawa 2007
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz