Siedziałem
sobie raz w domu nic nie robiąc. Sobota była, południe.
Cisza i
spokój.
Nagle za oknem
hałas. Patrzę. Dziki tłum. Kilkadziesiąt osób na moim grochowskim podwórku. I pan z tubą.
Pan z tubą tłumaczył państwu, że przyprowadził ich tutaj z powodu pisarza. Zarumieniłem się. Wydałem na razie jedną książkę,
w czasach Polski Ludowej do zostania członkiem związku literatów trzeba było mieć przynajmniej dwie, jakiż więc pisarz ze mnie?
Po chwili zarumieniłem się jeszcze bardziej. W leniwą sobotę wyleciało mi z głowy, że pisarz z Rębkowska street to nie pan Śmiech, ale Edward Stachura. Jeśli ktoś nie wierzy, niech sprawdzi. Niech zapyta na mieście o pisarza z Rębkowskiej. Czy powiedzą Śmiech, czy Stachura. Założę się o wesołe pół litra, że Stachura jednak.
Pisarza Stachurę niezbyt ceniłem. Pamiętam szał z lat 80.
Typki w czarnych swetrach z gitarami wyrywały najpiękniejsze panny śpiewając Stachurowe piosenki o wędrowaniu i miłości.
Ja nie gram na gitarze, więc niechętnie do typków się odnosiłem. Do Steda, przy okazji, również.
A potem minęły lata i wylądowałem na Rębkowskiej street.
Kiedyś z pijaństwa wracałem jakiegoś taksówką. Kierowca usłyszawszy adres ucieszył się: Tam gdzie Stachura?
No tam – odpowiedziałem z trudem. Zapłaciłem normalnie.
Nie lubię wierszy i piosenek Stachury. Ale że sąsiad, że postać encyklopedyczna, wypada znać. Więc przeczytałem „Siekierezadę”.
I mi się zmieniło. Przepiękne to jest po prostu. Ta proza. I już nie dziwuję się wielbicielom.
A gdy zobaczyłem biografię Steda „Buty Ikara” postanowiłem ją przeczytać.
I przeczytałem.
Książka Mariana Buchowskiego opowiada o dziejach samego Stachury, ale też o dziejach jego pisania. Jak się zaczęło. Jak trwało. Jak czytali. Co myśleli.
Wbrew temu co można by sądzić, wbrew legendzie o włóczędze nieszczęśliwym, Stachura pisarz miał powodzenie. Zachwycił się nim Jarosław Iwaszkiewicz. Iwacha, oprócz tego, że pisarz to najważniejszy człowiek literatury PRL.
Redaktor naczelny „Twórczości”. Bóg Ojciec na Parnasie ówczesnym.
Więc drukował Sted książki, jeździł na wieczory autorskie, jeździł też po świecie dużo, dużo zwłaszcza jak na tamte mało podróżnicze czasy.
A Stachura – obywatel? Stachura – mąż? Kochanek?
Tu było gorzej. Tu były nieszczęścia i rozczarowania.
I jeszcze niestety ta historia źle się skończyła.
Byli przyjaciele, wielbiciele, ale Stachura pod koniec był coraz bardziej sam.
Została legenda. Za duża? Przesadzona?
Nie wiem.
Poczytajcie o Stedzie.
Czytajcie Steda.
Jak bardzo musicie to śpiewajcie, trudno.
Zapraszam nieustająco na Rębkowską street.
Marian Buchowski, „Buty Ikara”, biografia Edwarda Stachury
Iskry, 2014
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz