Zielona wyspa. Mityczny raj położony na obrzeżach Europy. Były raj, bo, niestety, już tak rajsko nie jest. Ale my i tak lubimy ten raj.
Dlaczego lubimy Irlandię? A skąd wiadomo, że lubimy? Bo jeździmy tam przecież. Do pracy głównie, ale nie tylko. Ale do Niemiec też dużo Polaków jeździ. Ale nikt o Germanii nie mówi „Zielona wyspa”.
Wystarczy tych „ale”. Jak ktoś ma jakieś „ale” do Irlandczyków powinien przeczytać książkę Tomasza Borkowskiego „Irlandia Jones poszukiwany”. Jest to krótki, dowcipny przewodnik, czy może raczej poradnik dla Polaków, którzy ruszą do Irlandii za chlebem.
Nasze dzieje, polskie i irlandzkie, sporo łączy. Irlandia też utraciła wolność, tyle, że na znacznie dłużej, ale miała za to tylko jednego zaborcę, a nie trzech. „Są to ludzie, którzy dużo przeszli – ośmiusetletnie angielskie prześladowania, klęskę głodu w połowie XIX wieku, deportacje do Australii, nieudane powstania, wyludnienie kraju i masową emigrację do Ameryki na statkach – trumnach.” Brzmi znajomo.
To było jednak dawno temu, po wiekach panowania angielskiego Irlandia, że się tak szumnie wyrażę, wybiła się na niepodległość, a nawet osiągnęła sukces gospodarczy.
Co oczywiście przyciągnęło do niej przybyszy z całego świata, w tym bardzo dużo Polaków.
Mimo podobnej historii i chyba podobnego charakteru narodowego ( o ile coś takiego jak narodowy charakter istnieje) nie łatwo być Polakiem w Irlandii. Po pierwsze język. W zasadzie angielski, pełen jednak wielu pułapek, o których z werwą i dowcipem pisze Tomasz Borkowski. Powiem tylko, że rozdział o językowych przygodach nosi tytuł „Ofucknąć wery mocz”.
Opanowanie języka razem z jego miejscowymi niespodziankami i niuansami to nie wszystko. Warto jeszcze nauczyć się jeździć po lewej stronie. Autor spróbował takiej jazdy nowym, wielkim fordem. „Szukam prawą ręką drążka biegów. Znajduję drzwi.” I tak dalej…
Irlandia Jones przy okazji pysznych anegdotek z dnia powszedniego wprowadza nas w świat starych irlandzkich sag i legend. Imiona bóstw, herosów i dawnych ludów brzmią dość egzotycznie, co powiecie na przykład o Newgrange Sid im Brug? Albo o Tuatha De Danann? To też Europa, ta bardzo, bardzo stara i czcigodna. Świat prastarej Irlandii jest skomplikowany, ale Tomasz Borkowski potrafi go przedstawić jasno, wyraźnie i zajmująco.
Podsumowując: proszę przeczytać, zapamiętać i można jechać – Zielona Wyspa czeka!
wtorek, 26 lipca 2011
czwartek, 14 lipca 2011
O "Zgredzie"
Polskie media są podzielone, z grubsza biorąc, na Salon i Antysalon. Salon nie chce lustracji, uważa, że Okrągły Stół był wielkim, historycznym sukcesem, przebacza byłym komunistom, tropi antysemitów i nacjonalistów, chwali Unię Europejską i naszą w niej obecność.
Antysalon wręcz przeciwnie. Nie będę jednak streszczał tu poglądów Antysalonu, ponieważ przedstawił je w swojej ostatniej książce Rafał Ziemkiewicz, czołowy jego przedstawiciel.
„Zgred”, coś w rodzaju dziennika kogoś podobnego do Ziemkiewicza, o nazwisku Rafalski, opisuje trzy miesiące z życia dziennikarza prawicowego. Prawicowym dziennikarzem jest dziś niemal każdy komu nie po drodze z Gazetą Wyborczą i z Polityką, ale Rafalski (podobnie jak Ziemkiewicz), rzeczywiście jest człowiekiem prawicy.
„Zgred” daje nam szansę przyjrzenia się dokładnie publicyście niepokornemu
i pyskatemu, któremu Salon gładko przykleja etykietkę pisowca. Mamy okazję przekonać się, co sądzi oszołom i moher, możemy dowiedzieć się, co mu się w dzisiejszej Polsce i w Polakach nie podoba.
Dla tych, którzy znają dobrze poglądy i twórczość Ziemkiewicza, „Zgred” nie niesie nic nowego. Dla tych, którzy go, z różnych powodów, nie znają, może być swoistym przewodnikiem po myśleniu antysalonowca.
Przepraszam, jest coś nowego w „Zgredzie”. To pytanie o sens dziennikarskiej roboty. Po co opisywać zgniłe polskie państwo i pasożytów, którzy na nim żerują, skoro większości Polaków to nie przeszkadza, czy nie lepiej przestać pchać kij w koła Parowozu Postępu i dołączyć do zwycięzców?
To pytanie przestało być ważne po Smoleńsku, kiedy nagle okazało się, że jednak sporo jest jeszcze Polaków, którym nie jest wszystko jedno, w jakim kraju żyją.
Dobrze, że mamy „Zgreda”, szkoda, że nie ma na razie opisu polskiej teraźniejszości z punktu widzenia człowieka mainstreamu. Może „Zgred” sprowokuje taką wypowiedź?
Czekamy.
Antysalon wręcz przeciwnie. Nie będę jednak streszczał tu poglądów Antysalonu, ponieważ przedstawił je w swojej ostatniej książce Rafał Ziemkiewicz, czołowy jego przedstawiciel.
„Zgred”, coś w rodzaju dziennika kogoś podobnego do Ziemkiewicza, o nazwisku Rafalski, opisuje trzy miesiące z życia dziennikarza prawicowego. Prawicowym dziennikarzem jest dziś niemal każdy komu nie po drodze z Gazetą Wyborczą i z Polityką, ale Rafalski (podobnie jak Ziemkiewicz), rzeczywiście jest człowiekiem prawicy.
„Zgred” daje nam szansę przyjrzenia się dokładnie publicyście niepokornemu
i pyskatemu, któremu Salon gładko przykleja etykietkę pisowca. Mamy okazję przekonać się, co sądzi oszołom i moher, możemy dowiedzieć się, co mu się w dzisiejszej Polsce i w Polakach nie podoba.
Dla tych, którzy znają dobrze poglądy i twórczość Ziemkiewicza, „Zgred” nie niesie nic nowego. Dla tych, którzy go, z różnych powodów, nie znają, może być swoistym przewodnikiem po myśleniu antysalonowca.
Przepraszam, jest coś nowego w „Zgredzie”. To pytanie o sens dziennikarskiej roboty. Po co opisywać zgniłe polskie państwo i pasożytów, którzy na nim żerują, skoro większości Polaków to nie przeszkadza, czy nie lepiej przestać pchać kij w koła Parowozu Postępu i dołączyć do zwycięzców?
To pytanie przestało być ważne po Smoleńsku, kiedy nagle okazało się, że jednak sporo jest jeszcze Polaków, którym nie jest wszystko jedno, w jakim kraju żyją.
Dobrze, że mamy „Zgreda”, szkoda, że nie ma na razie opisu polskiej teraźniejszości z punktu widzenia człowieka mainstreamu. Może „Zgred” sprowokuje taką wypowiedź?
Czekamy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)