„Cały świat to scena, a ludzie na nim to tylko aktorzy”. Tak rozpoczyna swój sławny monolog Jakub, towarzysz wygnanego Księcia ze sztuki Williama Shakespeara „Jak wam się podoba”.
Zdaje się, że metafora Jakuba jest celna, rzeczywiście jesteśmy aktorami, gramy dla bardzo kapryśnej publiczności, czasem nam klaszczą, częściej gwiżdżą, nienawidzimy widzów, choć jednocześnie bardzo pragniemy ich aplauzu i bardzo często mamy wrażenie, że jesteśmy źle obsadzeni…
Mamy też suflerów. Sufler to wynalazek dosyć późny, osiemnastowieczny, słowo pochodzi z francuskiego „souffleur”, czyli podpowiadacz. Przez długi czas sufler korzystał ze specjalnej budki, z której zrezygnowano po II wojnie. Zainteresowanych odsyłam do nieocenionego „Alfabetu teatru dla analfabetów i zaawansowanych”, Tadeusza Nyczka.
Niewielu suflerów przeszło do historii teatru, wspomnę tu o dwóch. Przed wojną w Teatrze Polskim dyrektor Arnold Szyfman zatrudniał pewnego Józia, suflera, który oprócz kolosalnego doświadczenia miał również garb, a garbus, jak wiadomo, przynosi teatrowi szczęście. I patrząc na przedwojenne dzieje sceny przy Karasia, rzeczywiście, przynosił.
Najbardziej znanym suflerem w dziejach polskiego teatru był Bronisław Nieszporek. Oprócz podpowiadania pan Nieszporek zajmował się asystowaniem, graniem, pisaniem i tłumaczeniem sztuk. Gdy Polskę odwiedził sławny Louis Jouvet, najwięcej pytań zadawał mu (po francusku) właśnie Nieszporek, co Jouveta zdumiało: „Jeżeli macie takich suflerów, to jacy są aktorzy?”
Ale wracajmy do metafory szekspirowskiej. Sufler artystą nie jest, za to, spryciarz, ma przed nosem tekst sztuki, więc w razie czego poratuje. Kłopot na scenie życia polega na tym, że suflerów jest wielu, wszyscy mamy mnóstwo podpowiadaczy, którzy są mądrzejsi od nas, tak im się w każdym razie wydaje. Na dodatek, tak jak w teatrze, w razie sukcesu sufler poczuwa się do współudziału, a w razie porażki oczywiście nie. Czasem ma jeszcze pretensje, że on podpowiadał, próbował ratować, ale to my coś źle usłyszeliśmy albo czegoś nie zrozumieliśmy.
Radzę więc korzystać z suflerów umiarkowanie, a w razie jakiejś wtopy udawać, że tak właśnie miało być, że tak jest w naszej roli. Zapewniam, że niewielu widzów się zorientuje…
poniedziałek, 24 stycznia 2011
niedziela, 16 stycznia 2011
O Andrzeju Bobkowskim
Kiedy czytałem „Szkice piórkiem” zazdrościłem ich autorowi rozkoszy rowerowych podróży po południowej Francji, picia wina, zajadania serów, trzeźwości spojrzenia i konsekwentnego dążenia do niezależności. Współczułem natomiast rozdwojenia uczuć do jego dwóch ojczyzn, czyli Francji i Polski.
Bobkowski kocha Francję, jej wspaniałą kulturę i imponującą historię, niestety, czas, w którym zaczyna pisać, wiosna 1940, jest czasem strasznej klęski Francji, klęski militarnej i zwłaszcza moralnej.
Francuzi nie chcieli umierać za Gdańsk. Niedługo potem okazało się, że nie chcą także umierać za Paryż. Bobkowski w swej wędrówce dotarł do Tulonu, wielkiej bazy floty francuskiej. Patrzy na bezczynne okręty i nie może uwolnić się od gorzkich myśli: „Tu widzę Francję nagą, leżącą w Tulonie, jak dziwka. Czeka i uśmiecha się z rezygnacją, rozchyla nogi…”. Ale Francji, podobnie jak pięknej kobiecie, wiele się wybacza.
Francuzi umierają niechętnie, natomiast Polacy wręcz przeciwnie: „Nasza mania cierpiętnictwa nieoświeconego, wieczna gotowość do umierania czy trzeba, czy nie potrzeba, do każdego poświęcenia, doprowadziły do tego, że Francuz albo Anglik jest głęboko przekonany, iż nam łatwiej jest rozstać się z życiem niż osobnikowi jakiejkolwiek innej narodowości”.
Wydarzenia wojenne skłaniają Bobkowskiego do refleksji nad kulturą europejską, nad jej niewesołymi perspektywami. Swój pogląd na świat tłumaczy Bobkowski Tadziowi, towarzyszowi rowerowej podróży. Dorobek świata jest jak pula z trzema wpłatami: grecką, rzymską i chrześcijańską. Ten dorobek nie wystarcza, aby uczynić świat lepszym, dlatego szuka się innych środków, totalizmów, jak faszyzm i komunizm: „Dla totalizmu nie ma nic nietykalnego, a ty jako człowiek, zależnie od twoich umiejętności, nie jesteś przede wszystkim Tadziem, lecz tylko łopatą, kilofem, śrubokrętem, pilnikiem i tak dalej. Ludzie tacy jak ja, są tam tylko piórem, pędzlem, płyta gramofonową albo w ogóle – i najczęściej kataryną. Można z nimi robić, co się chce. Los ich, ich życie zależą od jakiegoś centralnego wykresu i wykres ten dyktuje, czy ludziom tym ma być gorzej lub lepiej”.
Bobkowski był wielkim piewcą wolności, ostro krytykował komunizm, dlatego był zakazany w Polsce Ludowej. W kraju, w którym, z jednej strony nadal uważano, że Polak powinien się poświęcać, tym razem dla świetlanej przyszłości, w kraju, w którym ludziom można było myśleć jedynie to, na co pozwoliła władza, a z drugiej strony, w kraju bez wdzięku, bez smaku, kraju szarym i pszenno- buraczanym, nie było miejsca dla piewcy wolności, samodzielnego myślenia i zwykłych życiowych przyjemności.
Bobkowski, zniechęcony do upadającej Europy, wyjechał do Gwatemali. Nie wiem, czy jego przekonanie o upadku naszej cywilizacji było słuszne, może było trochę przesadzone, warto jednak czytać Bobkowskiego, warto próbować żyć pełnią życia, nawet, gdy okoliczności nam nie sprzyjają. Trzeba im wtedy uciec, choćby na rowerze, a potem –
„Obudziło mnie słońce. Weszło przez szpary w deskach i przekroiło mój pokoik na kilkanaście części. Wstałem, narąbałem drzewa, i zagotowałem kawy. Potem wypakowałem moje skarby i umeblowałem się. Cieszę się każdym głupstwem, każdym rondelkiem, puszką, nożykiem. Układam starannie, a na widok aluminiowego talerzyka z cytryną, pomidorami i jajkami na tle kraciastej serwetki popadłem w zachwyt. Położyłem na to nożyk; nabrało życia i sensu. A gdy postawiłem obok tego małą solniczkę z zielonym czubkiem i kromkę chleba, stwierdziłem, ze to już prawie przeżycie. Miałem ochotę malować. I to koniecznie jak Cezanne.”
Żyjmy tak, żeby nam się chciało malować. Malować, śpiewać, pisać wiersze i robić masę innych głupstw.
Bobkowski kocha Francję, jej wspaniałą kulturę i imponującą historię, niestety, czas, w którym zaczyna pisać, wiosna 1940, jest czasem strasznej klęski Francji, klęski militarnej i zwłaszcza moralnej.
Francuzi nie chcieli umierać za Gdańsk. Niedługo potem okazało się, że nie chcą także umierać za Paryż. Bobkowski w swej wędrówce dotarł do Tulonu, wielkiej bazy floty francuskiej. Patrzy na bezczynne okręty i nie może uwolnić się od gorzkich myśli: „Tu widzę Francję nagą, leżącą w Tulonie, jak dziwka. Czeka i uśmiecha się z rezygnacją, rozchyla nogi…”. Ale Francji, podobnie jak pięknej kobiecie, wiele się wybacza.
Francuzi umierają niechętnie, natomiast Polacy wręcz przeciwnie: „Nasza mania cierpiętnictwa nieoświeconego, wieczna gotowość do umierania czy trzeba, czy nie potrzeba, do każdego poświęcenia, doprowadziły do tego, że Francuz albo Anglik jest głęboko przekonany, iż nam łatwiej jest rozstać się z życiem niż osobnikowi jakiejkolwiek innej narodowości”.
Wydarzenia wojenne skłaniają Bobkowskiego do refleksji nad kulturą europejską, nad jej niewesołymi perspektywami. Swój pogląd na świat tłumaczy Bobkowski Tadziowi, towarzyszowi rowerowej podróży. Dorobek świata jest jak pula z trzema wpłatami: grecką, rzymską i chrześcijańską. Ten dorobek nie wystarcza, aby uczynić świat lepszym, dlatego szuka się innych środków, totalizmów, jak faszyzm i komunizm: „Dla totalizmu nie ma nic nietykalnego, a ty jako człowiek, zależnie od twoich umiejętności, nie jesteś przede wszystkim Tadziem, lecz tylko łopatą, kilofem, śrubokrętem, pilnikiem i tak dalej. Ludzie tacy jak ja, są tam tylko piórem, pędzlem, płyta gramofonową albo w ogóle – i najczęściej kataryną. Można z nimi robić, co się chce. Los ich, ich życie zależą od jakiegoś centralnego wykresu i wykres ten dyktuje, czy ludziom tym ma być gorzej lub lepiej”.
Bobkowski był wielkim piewcą wolności, ostro krytykował komunizm, dlatego był zakazany w Polsce Ludowej. W kraju, w którym, z jednej strony nadal uważano, że Polak powinien się poświęcać, tym razem dla świetlanej przyszłości, w kraju, w którym ludziom można było myśleć jedynie to, na co pozwoliła władza, a z drugiej strony, w kraju bez wdzięku, bez smaku, kraju szarym i pszenno- buraczanym, nie było miejsca dla piewcy wolności, samodzielnego myślenia i zwykłych życiowych przyjemności.
Bobkowski, zniechęcony do upadającej Europy, wyjechał do Gwatemali. Nie wiem, czy jego przekonanie o upadku naszej cywilizacji było słuszne, może było trochę przesadzone, warto jednak czytać Bobkowskiego, warto próbować żyć pełnią życia, nawet, gdy okoliczności nam nie sprzyjają. Trzeba im wtedy uciec, choćby na rowerze, a potem –
„Obudziło mnie słońce. Weszło przez szpary w deskach i przekroiło mój pokoik na kilkanaście części. Wstałem, narąbałem drzewa, i zagotowałem kawy. Potem wypakowałem moje skarby i umeblowałem się. Cieszę się każdym głupstwem, każdym rondelkiem, puszką, nożykiem. Układam starannie, a na widok aluminiowego talerzyka z cytryną, pomidorami i jajkami na tle kraciastej serwetki popadłem w zachwyt. Położyłem na to nożyk; nabrało życia i sensu. A gdy postawiłem obok tego małą solniczkę z zielonym czubkiem i kromkę chleba, stwierdziłem, ze to już prawie przeżycie. Miałem ochotę malować. I to koniecznie jak Cezanne.”
Żyjmy tak, żeby nam się chciało malować. Malować, śpiewać, pisać wiersze i robić masę innych głupstw.
niedziela, 2 stycznia 2011
O "Kinderszenen"
Długo przymierzałem się do tej książki. Jarosława Marka Rymkiewicza bardzo cenię, zarówno jako poetę jak i eseistę, ale temat „Kinderszenen” powstrzymywał mnie od lektury. Przyznam, że ciężko mi czytać o Powstaniu Warszawskim, o tragedii miasta i dziesiątków tysięcy jego mieszkańców.
Przemogłem się jednak i przeczytałem. I nie żałuję.
Rymkiewicz refleksje o Powstaniu przeplata ze wspomnieniami ze swojego dzieciństwa, skupię się na kwestii Powstania.
Pierwsza rzecz to nasi ówcześni wrogowie. Rymkiewicz pisze o Niemcach. No, o Niemcach, a o kim ma pisać? Otóż kiedy pisze się i mówi o ostatniej wojnie, mówi się raczej o nazistach i hitlerowcach. O Niemcach rzadziej. Sami Niemcy też wolą posługiwać się określeniem „ hitlerowcy”, czemu trudno się dziwić, jednak dlaczego w Polsce mówi się o zbrodniach hitlerowskich, a nie niemieckich? Rozumiem, że wtedy pojednanie byłoby trudniejsze, ile jednak warte jest pojednanie oparte na niedomówieniach? Trzeba także pamiętać o pewnej manipulacji, chętnie wykonywanej zwłaszcza przez panią Steinbach i jej ferajnę - zbrodni dokonywali hitlerowcy i naziści, a kto był ofiarą alianckich nalotów i powojennych wypędzeń? Oczywiście Niemcy…
Niemcy podpalili świat, Niemcy wywołali wojnę w skali dotychczas niewidzianej. Ogarnęło ich szaleństwo zabijania, zwycięstwa za wszelką cenę. Nieważne było życie Żyda, Polaka, Rosjanina, nieważne było też życie Niemca, ważne było zwycięstwo i wieczne albo przynajmniej tysiącletnie trwanie Trzeciej Rzeszy.
Zastanawiając się nad sensem Powstania Rymkiewicz stwierdza, że było ono szaloną odpowiedzią Polaków na szaleństwo Niemców. Niemcy zabijali wszystkich i niszczyli wszystko w drodze do zwycięstwa. Polacy decydując się na zbrojny opór w Warszawie przyjęli niemiecka grę: mordujcie ile chcecie, nic wam to nie da. Niemieckiego obłędu nie można było zwalczyć racjonalizmem. Trzeba było wykazać się obłędem tej samej miary.
Teza Rymkiewicza jest interesująca, nie mogę jednak się z nią zgodzić. Cena szaleństwa była za wysoka. Mit za który trzeba zapłacić życiem i straszliwym cierpieniem tysięcy ludzi jest dla mnie nie do przyjęcia. Czy Polska byłaby gorsza, gdyby nie było legendy Powstania? Czy my bylibyśmy gorsi, gdybyśmy nie musieli pamiętać o krwawym lecie 44 roku? Zdaniem Rymkiewicza tak…
Jest w tej książce jeszcze jedna teza, z którą nie mogę się zgodzić. Rymkiewicz twierdzi, że po obu stronach spotkali się fachowcy. Sądzę, że akurat po polskiej stronie fachowców zabrakło. Wojna, poza wszystkim, jest rzemiosłem, ma zasady, których lekceważenie kończy się tragicznie. Kiedy czyta się o wojskowych przygotowaniach do Powstania, o tym na jakiej podstawie podjęto decyzję o jego wybuchu, trudno, moim zdaniem, mówić o fachowcach. Było w tym dużo chciejstwa i braku wyobraźni. Jaki fachowiec może dać rozkaz do ataku na bunkier gołymi rękami? Na jakiej podstawie oczekiwano, że Stalin, sprawca cierpień milionów ludzi, akurat wtedy zachowa się przyzwoicie i przyjdzie Powstaniu z odsieczą? Jaki spec od lotnictwa mógł się spodziewać, że aliancka pomoc będzie miała jakikolwiek wpływ na walki w Warszawie? Takich pytać można niestety postawić jeszcze sporo.
„Kinderszenen” to książka ważna i dotkliwa, książka, którą warto znać i z którą warto się spierać. Poglądy Jarosława Rymkiewicza są dyskusyjne i całe szczęście, bo jest o czym i jest z kim dyskutować.
Przemogłem się jednak i przeczytałem. I nie żałuję.
Rymkiewicz refleksje o Powstaniu przeplata ze wspomnieniami ze swojego dzieciństwa, skupię się na kwestii Powstania.
Pierwsza rzecz to nasi ówcześni wrogowie. Rymkiewicz pisze o Niemcach. No, o Niemcach, a o kim ma pisać? Otóż kiedy pisze się i mówi o ostatniej wojnie, mówi się raczej o nazistach i hitlerowcach. O Niemcach rzadziej. Sami Niemcy też wolą posługiwać się określeniem „ hitlerowcy”, czemu trudno się dziwić, jednak dlaczego w Polsce mówi się o zbrodniach hitlerowskich, a nie niemieckich? Rozumiem, że wtedy pojednanie byłoby trudniejsze, ile jednak warte jest pojednanie oparte na niedomówieniach? Trzeba także pamiętać o pewnej manipulacji, chętnie wykonywanej zwłaszcza przez panią Steinbach i jej ferajnę - zbrodni dokonywali hitlerowcy i naziści, a kto był ofiarą alianckich nalotów i powojennych wypędzeń? Oczywiście Niemcy…
Niemcy podpalili świat, Niemcy wywołali wojnę w skali dotychczas niewidzianej. Ogarnęło ich szaleństwo zabijania, zwycięstwa za wszelką cenę. Nieważne było życie Żyda, Polaka, Rosjanina, nieważne było też życie Niemca, ważne było zwycięstwo i wieczne albo przynajmniej tysiącletnie trwanie Trzeciej Rzeszy.
Zastanawiając się nad sensem Powstania Rymkiewicz stwierdza, że było ono szaloną odpowiedzią Polaków na szaleństwo Niemców. Niemcy zabijali wszystkich i niszczyli wszystko w drodze do zwycięstwa. Polacy decydując się na zbrojny opór w Warszawie przyjęli niemiecka grę: mordujcie ile chcecie, nic wam to nie da. Niemieckiego obłędu nie można było zwalczyć racjonalizmem. Trzeba było wykazać się obłędem tej samej miary.
Teza Rymkiewicza jest interesująca, nie mogę jednak się z nią zgodzić. Cena szaleństwa była za wysoka. Mit za który trzeba zapłacić życiem i straszliwym cierpieniem tysięcy ludzi jest dla mnie nie do przyjęcia. Czy Polska byłaby gorsza, gdyby nie było legendy Powstania? Czy my bylibyśmy gorsi, gdybyśmy nie musieli pamiętać o krwawym lecie 44 roku? Zdaniem Rymkiewicza tak…
Jest w tej książce jeszcze jedna teza, z którą nie mogę się zgodzić. Rymkiewicz twierdzi, że po obu stronach spotkali się fachowcy. Sądzę, że akurat po polskiej stronie fachowców zabrakło. Wojna, poza wszystkim, jest rzemiosłem, ma zasady, których lekceważenie kończy się tragicznie. Kiedy czyta się o wojskowych przygotowaniach do Powstania, o tym na jakiej podstawie podjęto decyzję o jego wybuchu, trudno, moim zdaniem, mówić o fachowcach. Było w tym dużo chciejstwa i braku wyobraźni. Jaki fachowiec może dać rozkaz do ataku na bunkier gołymi rękami? Na jakiej podstawie oczekiwano, że Stalin, sprawca cierpień milionów ludzi, akurat wtedy zachowa się przyzwoicie i przyjdzie Powstaniu z odsieczą? Jaki spec od lotnictwa mógł się spodziewać, że aliancka pomoc będzie miała jakikolwiek wpływ na walki w Warszawie? Takich pytać można niestety postawić jeszcze sporo.
„Kinderszenen” to książka ważna i dotkliwa, książka, którą warto znać i z którą warto się spierać. Poglądy Jarosława Rymkiewicza są dyskusyjne i całe szczęście, bo jest o czym i jest z kim dyskutować.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)