sobota, 20 lutego 2016

Gruzińskie dolce vita


To się czasem zdarza – czytam jedną książkę, a w niej czai się druga. Czytałem wywiad z Jerzym Stefanem Stawińskim,
a tu w toku rozmowy dowiedziałem się, że pan Jerzy miał żonę Gruzinkę, na dodatek napisała ona książkę, a nawet dwie.
Gdzie ta Gruzja w ogóle jest? Z grubsza wiemy, ale lepiej sprawdzić.
Sprawdziliście? Mogę dalej?
Tak, na Kaukazie.
Nie, gruźlica nie jest stolicą Gruzji.
Tak, to stary dowcip.
Wracając do toku. W latach 90. pojechałem do Francji. Mili młodzi Francuzi chcąc mi sprawić frajdę przynieśli butelkę wódki. Wódki    z Ukrainy. Tłumaczenie, że Polska i Ukraina to nie to samo zajęło mi trochę czasu, zwłaszcza, że rozmawialiśmy po angielsku, mocno pijani i z beznadziejnym akcentem.
W każdym razie chodzi mi o to, że Francuzi nie bardzo wtedy odróżniali nas od Ukraińców. Na zachód od Odry po prostu są jakieś dzikie ludy i Rosjanie.
My wiemy, że na wschodzie są Ruscy. A na tym Kaukazie to już nie wiadomo co.
Więc ta Gruzja jest bardzo daleko, górale jacyś półdzicy, którym Rosjanie przynieśli cywilizację (Rosjanie?! Cywilizację?!).
Mniejsza o Rosjan, gorzej ze Związkiem Radzieckim. Oto wspaniały, piękny kraj o starej, bogatej kulturze i historii zostaje wciągnięty w plugawe komunistyczne radzieckie szambo.
Tych złych czasów tyczą wspomnienia pani Heleny Amiradżibi.
Autorka książki urodziła się 1934 w byłej arystokratycznej rodzinie. Po dawnej Gruzji nic już nie zostało, była za to straszliwa nędza i terror. Terror zaprowadzony niestety przez Gruzina Josifa Dżugaszwili, znanego bardziej pod rewolucyjnym pseudonimem Stalin. Mieszkanie w zawilgoconej norze, bez kuchni i bez łazienki. Wszystko na kartki. Nowy wspaniały świat.
Gruzini jednak się nie dali, w tej strasznej komunistycznej rzeczywistości starali się zachować niektóre zwyczaje. O tym też pisze pani Helena.
Chyba najciekawszy jest opis pogrzebu po gruzińsku. Umarła jedna sąsiadka, starsza już pani. To okazja to retorycznych, aktorskich już właściwie popisów, kto piękniej wyrazi, wykrzyczy swój żal i rozpacz. Podam rzecz w punktach.
  1. Nieboszczka w trumnie. Sąsiadki i rodzina płaczą i zawodzą, na przykład:
    „Mamusiu kochana, ty byłaś jak wielkie drzewo, które daje spokój i ochłodę!”
    Sąsiadka: „Byłam zła i kłóciłam się z tobą, moja ty najukochańsza przyjaciółko! Byłaś aniołem, a ja skróciłam ci życie! Niech uschnie mój przeklęty język!”
  2. Kondukt idzie na cmentarz.
  3. Składanie trumny do grobu, mężczyźni pilnują kobiet, żeby w zapale nie wpadły do dołu.
  4. Po zasypaniu trumny żałobnicy dość szybko udają się na kelech – stypę.
  5. Stypa z udziałem całej wioski.
  6. Cała wioska robi zrzutę na, że tak to ujmę, zwrot kosztów pogrzebu.
  7. Wino, śpiewanie smutnych pieśni, toasty ku czci zmarłej.
  8. Wino, weselsze pieśni.
  9. Wino, zupełnie wesołe pieśni, wzajemne życzenia pomyślności.
  10. Wino, wesołe piosenki, rubaszne dowcipy.
  11. Gdy pijani goście zaczynają tańczyć, goście trzeźwi, przeważnie kobiety, kończą uroczystość.
Taka też jest ta książka, dużo w niej bólu i łez, ale w tle jest radość, cudowne wino i zabawa w dobrym towarzystwie.
Kto zna Gruzję ucieszy się tą książką.
Kto nie zna Gruzji niech pozna.

Helena Amiradżibi, „Słodkie życie księżniczki”
Wydawnictwo Warszawskie, 1996

środa, 10 lutego 2016

Polskiej szkoły nie było.


Odważny tytuł, co?
A o co chodzi?
O polską szkołę filmową.
Jak to nie było? Wajdy nie było? Munka nie było? Stawińskiego
nie było?
Był Stawiński. Jerzy Stefan Stawiński. On właśnie powiedział,
że polskiej szkoły filmowej nie było.
Umarł Stalin. Pojawił się Chruszczow. Z tajnym referatem. Polscy komuniści nie wiedzieli co robić. Jakie filmy kręcić. Co wolno, czego nie.
W tę niepewność wskoczyło paru młodych zdolnych. Munk i jego „Człowiek na torze”. Niby socrealizm, bo rzecz się dzieje wśród klasy robotniczej. Nowe walczy ze starym.
Ale to kino nie było już socrealistyczne.
Skąd się wziął „Człowiek na torze”? Z opowiadania Stawińskiego. Stawiński potem opisywał swój życiorys. Sam żartował, że właśnie ten jego życiorys jest scenariuszem szkoły polskiej.
Stawiński był w powstaniu warszawskim. W kanałach. Napisał opowiadanie, ale Munk nie chciał tego robić. Zrobił Wajda. Pierwszy film o pokoleniu kolumbów.
Kolumbów wymyślił Roman Bratny, ale Stawiński, jak to on, mówi, że „nie byliśmy żadnymi kolumbami.”
Kim był zatem pan Stawiński? Scenarzystą? Mówi, że nie. Czuje się pisarzem. Pisał opowiadania, a potem reżyserzy robili z tego filmy.
Czytałem te opowiadania, ale niestety, najpierw zobaczyłem filmy.
Dlaczego „niestety”? Ponieważ kiedy czytałem, w głowie przewijały mi się filmy.
”Kanał” z Wieńczysławem Glińskim i Tadeuszem Janczarem. 
Fenomenalny Edward Dziewoński jako Dzidziuś Górkiewicz
w „Eroice”.
Genialny Bogumił Kobiela jako Piszczyk.
Nic nie poradzę.
Były też inne filmy, inne książki. O nich również opowiada Stawiński.
Przeczytajcie tę rozmowę. I te książki.
Filmy już widzieliście, ale zobaczcie je jeszcze raz.


„Do filmu trafiłem przypadkiem”
Z Jerzym Stefanem Stawińskim rozmawia Barbara Giza


Wydawnictwo Trio, Warszawa 2007