„Ach tak!” – zawoła
oburzony czytelnik.
„To po to wróciłeś do
pisania o książkach, żeby mieć pretekst do czytania pornosów?!”
Trochę tak…
A skoro już przeczytałem,
to trudno, podzielę się wrażeniami.
„Historia O” nie jest
zwykłym pornosem, jest dziś klasyką literatury francuskiej. Za to kiedy ukazała się w roku
1954 zrobiła wielki skandal. Autorka ukryła się pod pseudonimem, a wydawca
musiał procesować się z oburzonymi czytelnikami.
Pani Dominique Aury, która
napisała o O, była redaktorką
i tłumaczką. I recenzentką w szacownym
wydawnictwie Gallimard. Kolegowała się tam z Albertem Camus. Tym od
mitu Syzyfa. Od „Dżumy” i od Nobla.
Dobrze, dobrze, Camus,
bardzo ładnie, a co z tą O?
Panna O została
umieszczona przez własnego ukochanego
w pewnym odległym pałacyku, a tam
zrobiono z niej niewolnicę. O jest używana jako seksualna zabawka na wszystkie
możliwe sposoby, a od czasu do czasu obrywa jeszcze pejczem po pupie, kiedy
jest niegrzeczna (?!).
Dosyć te jej przygody są monotonne, nie wiem
dlaczego zawsze niewolnictwo oznacza bycie seksualnym gadżetem ? Dlaczego na
przykład nikt nie każe O pastować podłogi albo obierać ziemniaków? Ja bym kazał.
Co do klasyki. Klasyka
polega między innymi na tym, że w dziele używa się pięknych, zapomnianych słów.
W „Historii O” tym słowem są „lędźwie”. Oczywiście O jest, że tak powiem, zaangażowana
w całości, każdy słodki centymetr kwadratowy
jej cudownego ciała jest na zmianę
pieszczony i poniewierany,
ale
lędźwie obrywają najbardziej.
Nasi klasycy też pisali o
lędźwiach.
Zdaje się, że Henryk
Sienkiewicz pisał.
A propos Sienkiewicza.
Podzielę się z Wami
skrytym marzeniem.
Gdyby O wpadła w moje
włochate, samcze łapska, chciałbym,
aby łupała dla mnie lędźwiami orzechy…