czwartek, 15 października 2015

O "Historii O"

„Ach tak!” – zawoła oburzony czytelnik.
„To po to wróciłeś do pisania o książkach, żeby mieć pretekst do czytania pornosów?!”
Trochę tak…
A skoro już przeczytałem, to trudno, podzielę się wrażeniami.
„Historia O” nie jest zwykłym pornosem, jest dziś klasyką literatury francuskiej. Za to kiedy ukazała się w roku 1954 zrobiła wielki skandal. Autorka ukryła się pod pseudonimem, a wydawca musiał procesować się z oburzonymi czytelnikami. 
Pani Dominique Aury, która napisała o O, była redaktorką 
i tłumaczką. I recenzentką w szacownym wydawnictwie Gallimard. Kolegowała się tam z Albertem Camus. Tym od mitu Syzyfa. Od „Dżumy” i od Nobla.
Dobrze, dobrze, Camus, bardzo ładnie, a co z tą O?
Panna O została umieszczona przez własnego ukochanego 
w pewnym odległym pałacyku, a tam zrobiono z niej niewolnicę. O jest używana jako seksualna zabawka na wszystkie możliwe sposoby, a od czasu do czasu obrywa jeszcze pejczem po pupie, kiedy jest niegrzeczna (?!).
Dosyć  te jej przygody są monotonne, nie wiem dlaczego zawsze niewolnictwo oznacza bycie seksualnym gadżetem ? Dlaczego na przykład nikt nie każe O pastować podłogi albo obierać ziemniaków? Ja bym kazał.
Co do klasyki. Klasyka polega między innymi na tym, że w dziele używa się pięknych, zapomnianych słów. W „Historii O” tym słowem są „lędźwie”. Oczywiście O jest, że tak powiem, zaangażowana w całości, każdy słodki centymetr kwadratowy 
jej cudownego ciała jest na zmianę pieszczony i poniewierany, 
ale lędźwie obrywają najbardziej.
Nasi klasycy też pisali o lędźwiach.
Zdaje się, że Henryk Sienkiewicz pisał.
A propos Sienkiewicza.
Podzielę się z Wami skrytym marzeniem.
Gdyby O wpadła w moje włochate, samcze łapska, chciałbym, 
aby łupała dla mnie lędźwiami orzechy…

poniedziałek, 12 października 2015

Z moich półek

Wahałem się.
Zastanawiałem się, czy wrócić do tego bloga.
 Czy pisać o książkach.
Wahanie moje wzięło się stąd, że nagle sam stałem się pisarzem. Czyli facetem, który wydał książkę.
Wahałem się, bo skoro sam piszę, to jak oceniać innych?
Ale tu przyszedł mu w sukurs właśnie inny. Inny pisarz. Andrzej Dobosz. Andrzej Dobosz wydał właśnie kolejną książkę – 
„Z różnych półek.” Rzecz bardzo przydatna dla zagubionych moli książkowych. Nie wiesz człowieku, co czytać? Zajrzyj do Dobosza. On podpowie.
Czasami podpowiadał w swoich wcześniejszych książkach, które też Wam polecam.
Dziwna sprawa, a może właśnie nie, Andrzej Dobosz jest słabo znany, a jeśli już to jako aktor. Filozof z „Rejsu”. Twórca, który nie może jednocześnie być tworzywem.
Ja też jestem aktorem. Lalkarzem w objazdowym teatrze. Tak jak pan Dobosz marzył o napisaniu powieści z XIX wieku, tak ja marzę o spisaniu swoich teatralnych podróży.
"Ale chwilunia!" - zawoła przytomny czytelnik - „Pan grasz 
w teatrze, a nie w filmie”!
W filmie jeszcze nie. Za to w serialach tak. W paradokumentach tak zwanych. Dlaczego? Dla pieniędzy. A tak między nami uważam, że nie ma wielkiej różnicy między telenowelą, 
a paradokumentem.
W paradokumencie mamy straszne jakieś wydarzenie i kilka zaskakujących zwrotów akcji upchanych w półgodzinny odcinek. W telenoweli ta sama historia jest ciągnięta za uszy przez pięćset odcinków.
Zachęcam jednak raczej do chodzenia do teatru niż oglądania telewizji. Podejrzewam, że Andrzej Dobosz nie ma telewizora. Natomiast ma masę książek.
I o tych książkach pisze. Znajduje lektury pominięte, niezauważone i zlekceważone. Udowadnia też, że książki to nie tylko sterty zakurzonego papieru – książki to życie.

I z tym przeświadczeniem zapraszam do zajrzenia na moje półki.