piątek, 1 lutego 2013

Conrad


Gdy pospolitość za bardzo skrzeczy, gdy szukam wytchnienia od powszedniości, szarości i jak tam to jeszcze nazywają, uciekam do książek. Do książek, w których ludzie są prawdziwi, są naprawdę dobrzy, albo naprawdę źli, robią coś wspaniałego albo coś ohydnego i biorą za to odpowiedzialność.
Lektura Josepha Conrada przenosi mnie do lepszego świata, do takiej rzeczywistości, w której trzeba się zmagać z losem, walczyć z nim, często ulegać mu, poddawać mu się, ale tej walki nie można przełożyć na później, nie sposób się od niej wymigać, nie da się powiedzieć, że to nie moja sprawa, niech to załatwi ktoś inny. Niech to się samo załatwi. Niech da mi spokojnie zjeść, wypić, posiedzieć przed telewizorem.
Pewnie to złudzenia typowe dla mola książkowego. Nie wiem kto powiedział, że życie nieudolnie naśladuje sztukę, ale coś w tym jest. Nasze polskie życie nawet nie próbuje naśladować sztuki Conrada. Ani na przykład Gombrowicza, ani Mrożka, a przecież słyszało się od uczonych w piśmie: mówimy Mrożkiem. Sytuacja, jak z Mrożka. Potem przyszedł czas na „Mrożek by tego nie wymyślił”.
Chyba nie. Nikt tego nie wymyśla. Samo się robi, siłą bezwładu ciągnie. Na dno, niestety, bo nie w górę przecież.
A co z tym Conradem? Daje mi też nadzieję. Chłopak z Berdyczowa ucieka spod rosyjskiego knuta, szoruje pokłady francuskich okrętów, wplątuje się w długi, w afery polityczne, musi znów uciekać, pod banderę brytyjską i z tego rodzi się wielki pisarz i jego wielkie opowieści. 
Więc nie bójmy się życia i jego burz, z każdego sztormu można ujść cało, zawsze trzeba mieć nadzieję, że gdzieś w pobliżu czeka na nas przyjazny port...