poniedziałek, 27 czerwca 2011

O poetach walczących i nie

Czytałem „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego” Mirona Białoszewskiego. Lektura, która wciąga i męczy jednocześnie. Wciąga, bo świetnie napisane, męczy, bo o śmierci i zniszczeniu. I o przeżyciu też.
Jak przeżyć nieustanne bombardowania? Jak uciec śmierci, która może nas dopaść w każdej chwili i w każdym miejscu? Dokąd iść? Dokąd nie iść?
A jak już pójść, to długo tam zostać? Bo Niemcy mogą znów zaatakować właśnie tędy. Bo tu może spaść kolejna bomba. Bo jedzenie się kończy, więc trzeba szukać gdzie indziej.
Gdzie się umyć? Ogolić? Przeprać koszulę? Przyziemne kwestie? Być może, ale było jeszcze przyziemniej. Zajmowało się zrujnowany lokal i ustalało się, gdzie śpimy, a gdzie robimy kupę. Wojna wojną, ale takie rzeczy też trzeba wiedzieć. Oczywiście można oberwać i mieć takie dylematy z głowy, ale jeśli się żyje, to trzeba brać pod uwagę wszystkie życiowe sprawy.
Więc przeczytałem tę relację z codzienności największej polskiej tragedii, z tego biegania i chowania się w ruinach, dziurach i kanałach, a potem przypomniało mi się, że w Powstaniu Warszawskim brał udział jeszcze jeden wielki poeta – Krzysztof Kamil Baczyński. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że Baczyński i Białoszewski byli niemal rówieśnikami. Tymczasem ich wiersze były z innych planet. Baczyński z takiej romantyczno – Słowackiej, Białoszewski ze swojej, zupełnie osobnej.
Jaki związek miało ich pisanie z ich Powstaniem? Czy gdyby Baczyński pisał jak Białoszewski, zginąłby w walce? I odwrotnie?
Ma to znaczenie jakieś w ogóle?
Nie wiem. Może nie. Szkoda Baczyńskiego. Całe szczęście, że Białoszewskiemu się udało. I całe szczęście, że skoro nie mieliśmy wojska, mieliśmy przynajmniej poetów…
Nie, nie to chciałem napisać.
Było wielkim nieszczęściem Polski i Warszawy, że nasi generałowie byli bardziej poetami niż żołnierzami...