wtorek, 19 kwietnia 2011

O szkodliwości czytania

Czytanie ma wiele zalet, lecz nieraz potrafi skomplikować życie. Albo w ogóle od tego życia oderwać. Co się czasem przydaje, ale czasem nie.
Pewnego razu nawaliła mi w domu uszczelka, w związku z czym wezwałem fachowca, czyli hydraulika. Pan hydraulik wyglądał jak prawdziwy porządny hydraulik, to znaczy miał wąsy i beret, ocenił sytuację jako bardzo trudną, wymagającą sporego nakładu sił i umiejętności, a co za tym idzie, zapewne i gotówki.
Przyjąłem jego diagnozę spokojnie, ponieważ byłem świeżo po pasjonującej lekturze o życiu codziennym Wazów i nie miałem głowy do uszczelek.
Pan hydraulik przystąpił do pracy, ja zaś, zamiast dać mu spokój, zostałem, gdyż pragnąłem podzielić się z nim wrażeniami ze świeżo przeczytanej książki.
Po krótkim wstępie, w którym opowiedziałem mu o wszystkich żonach wszystkich Wazów, o pożarze na Wawelu, o tym, który król co lubił, a czego nie, przeszedłem do informacji fachowych, które, jak sądziłem, mogłyby zainteresować pana hydraulika.
Opowieści o studniach, zdrojach i drewnianych rurach nie zrobiły na nim wrażenia, dopiero, gdy mu powiedziałem, że Zygmunt III Waza miał rurmistrza i czy on nie chciałby być rurmistrzem, przerwał na chwilę pracę i spojrzał niezbyt przyjaźnie.
Chciałem uratować sytuację ciekawostką, iż rurmistrz miał łacińskie określenie –aquaeductor i dodałem, że jak zechce, to mogę tak się do niego zwracać. Na to pan hydraulik wstał i powiedział, że już zrobione i że już idzie. Na pytanie o koszt usługi odpowiedział, że uszczelkę wymienił za darmo, gdyż nie chce żerować na ludzkim nieszczęściu. Po czym wyszedł z chłodnym „do widzenia”.
I tak z powodu zgubnego nałogu czytania straciłem szacunek człowieka prostego.